Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasze problemy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasze problemy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 czerwca 2012

Jestem urzędnikiem państwowym!

"Jestem urzędnikiem państwowym! "- wykrzyczała pielęgniarka bezpardonowo wkraczając do sali, mimo że poprosiłam ją, aby poczekała chwilkę na korytarzu aż skończymy cewnikowanie. "I mam prawo tu wchodzić, kiedy chcę, bo ja obsługuję pacjentów!" Na moją uwagę, że moje dziecko akurat absorbuje ją tyle tylko, że musi leki (moje własne zresztą) o określonych porach podać usłyszałam, że jestem...bezczelna. Jestem również chamska, bo śmiałam podkreślić, że łamie prawo pacjentki do intymności i poszanowania godności osobistej, a ona przecież nie jest...osobą obcą. Szkoda tylko, że nie do zaakceptowania przez nią jest sytuacja odwrotna - to ona leży z gołą pupą, a na to wchodzi...inny urzędnik państwowy! "Jest pani wredna" - skwitowała moją wizję.

Taki oto sobotni poranek miałam. Dawno nie czułam się tak bardzo poirytowana.

Oddział rehabilitacyjny jest, więc i wózkersi przebywają na nim, i dzieci ledwo chodzące, i takie, które tylko leżą, a dostosowań do ich potrzeb żadnych. Na samą myśl o wieczornym prysznicu Joasi dostaję gęsiej skórki - co prawda dość czysto jest, ale m.in. kabina z wąskim wejściem bardzo utrudnia zadanie. O miejscu, w którym mogłybyśmy spokojnie, bez wścibskich oczu cewnikowanie zrobić można tylko pomarzyć.

Tylko nieliczni mali pacjenci wymagają troski ze strony średniego personelu medycznego. O większość z nich dbają ich rodzice, wykonując przy nich wszystkie czynności nie wymagające udziału pielęgniarki - mycie, ubieranie, karmienie itp. itd., oczywistym więc faktem jest, że bardzo je odciążają.

Nie oczekuję wdzięczności za to, że pielęgniarka z pracy wyjdzie mniej zmęczona, bo np. nie musiała dźwigać mojego dziecka nadwerężając przy tym swój kręgosłup. Ale zdecydowanie oczekuję nieutrudniania mi wykonywania niezbędnych czynności, a nade wszystko respektowania prawa mojego dziecka do intymności. To nie jest niemowlak, któremu wszystko jedno, tylko dorastająca 10-letnia panienka, do diaska!

W zw. z zaistniałą sytuacją zamierzam złożyć skargę na tę panią.

A w ogóle to zastanawiam się, czy nie wymiksować się z tego turnusu. Na dzień dobry, we wtorek, podczas elektrostymulacji zostały poparzone palce Joasi u stóp. Diabli mnie biorą, bo ostatnie rany na nogach miała rok temu, po operacji, więc to nie kwestia spoconych nóg i ortez, jak usiłują mi panie rehabilitantki wmówić. Muszę swój pomysł z Jurkiem przedyskutować, bo wyjazd na wakacje za trzy tygodnie i aż strach pomyśleć, co jeszcze w tym szpitalu może się wydarzyć. Wystarczy, że na ok. 2 tygodnie Joasia ma chodzenie z głowy, bo tyle mniej więcej - zakładając optymistyczny scenariusz - goją się jej rany.

Dodam jeszcze, że rehabilitantki o rozszczepie kręgosłupa - moim zdaniem - tylko słyszały. Nic więcej.
Ech...

Pozdrawiam serdecznie,
Marta.

sobota, 2 kwietnia 2011

I znowu gips...

Jesteśmy z powrotem w domu. Po dwóch dniach nieobecności, choć mógł być tylko jeden. Ale od początku.

Przyjęcie na oddział odbyło się błyskawicznie, czego nie można powiedzieć o czasie oczekiwania na operację.
Zupełnie nie wiem po co profesor kazał nam stawić się o 10-tej, skoro zwyczajowo pracę rozpoczynał ok. 17-tej. Przecież śmiało można było wyjechać rano zamiast w środku nocy i dojechać na 15-tą dajmy na to.

Pan profesor z pełnym zrozumieniem przyjął naszą chęć powrotu do domu jeszcze tego samego dnia, jednak decyzję uzależnił od anestezjologa. Przez godzinę cieszyliśmy, że spędzimy w klinice niezbędne minimum czasu - po przeprowadzeniu wywiadu anestezjolog uznał, że można odesłać Asika w objęcia Morfeusza za pomocą maseczki i gazu usypiającego a samą nóżkę znieczulić (poprzez wkłucie pod kolankiem) od kolanka w dół. Ten sposób nie wymagał pozostania w szpitalu i Asia poszła na pierwszy ogień. Niestety, po godzinie (tyle trwał zabieg) dowiedzieliśmy się, że Myszce trzeba koniecznie podać trzy końskie dawki antybiotyku dożylnie (nieźle się musiało porobić w tej nóżce)i tak oto powrót do domu przesunął się na dzień następny. Zresztą i tak był dzisiaj pod znakiem zapytania, bo Asia zaczęła gorączkować. Dopiero po obiedzie, po telefonicznej konsultacji dyżurnej anestezjolog z panem profesorem, zapadła decyzja - kontynuacja antybiotyku w domu.
Blaszka została ze stopy usunięta, ale kości musiały ucierpieć, zostały bowiem zespolone drutem a noga wylądowała w gipsie na 5-6 tygodni i nie może być obciążana przynajmniej do 19 kwietnia, czyli do wizyty pooperacyjnej, kiedy to ma zostać drut wyciągnięty i zmiana gipsu nastąpić.

Tak więc jest "szansa", że do komunii Asiolek pokuśtyka w gipsie, a już na pewno trzeba ustalić nowy termin odkotwiczania rdzenia. Niby profesor nie widzi takiej potrzeby, ale lepiej nie ryzykować. Obciążanie organizmu kolejną operacją w tak krótkim czasie mogłoby przynieść fatalne skutki, zwłaszcza że teraz COŚ się dzieje, a z odkotwiczaniem można poczekać. Poza tym nie wyobrażam sobie, by kilka dni po operacji kręgosłupa męczyć Myszkę wielogodzinną podróżą do Poznania, która akurat jest konieczna. Niechaj dziecię najpierw siły zregeneruje po tej przykrej niespodziewajce.
Pozdrawiam Was serdecznie,
Marta.

środa, 30 marca 2011

Dziura w prawej stopie

Dziś krótko i zwięźle, bo ani sił nie mam na pisanie (znów jestem chora), ani nie chce mi się. Nawet myśleć.
Wczoraj Asia poszła spać o północy, bo o takiej porze wróciliśmy do domu po 5 godzinach spędzonych na SOR-ze w Prokocimiu. Przyczynę obrazuje poniższa fota.



W piątek o 10 rano mamy zameldować się w Klinice Grunwaldzkiej, Myszka ma być na czczo. Przed nami kolejny zabieg. Nieplanowany. Czarno widzę w tej sytuacji odkotwiczanie rdzenia 12 kwietnia.
Jak nie urok, to przemarsz wojsk.
Pozdrawiam serdecznie,
Marta.

czwartek, 17 marca 2011

Partner

Założę się, że każdy po przeczytaniu tytułu notki pomyślał sobie, że o małżowinie rzecz będzie. A tu figa. Przewrotnie, ta notka będzie o "Partnerze", a konkretnie o tym, jakich kierowców zatrudnia.

Dla niewtajemniczonych: PARTNER to korporacja taxi, która z roku na rok wygrywa w Krakowie przetargi na dowóz dzieci z niepełnosprawnością ruchową do szkoły i z powrotem. Usługi świadczy zaiste najtaniej, niemniej jednak tajemnicą poliszynela jest, że konkretne pieniądze zarabia szefostwo, a nie kierowcy. Panowie i panie, na których spoczywa cała odpowiedzialność za dowiezienie uczniów bezpiecznie i na czas, mają płacone 9 zeta od dziecka i to pod warunkiem, że się nie rozchoruje dajmy na to. Czas nieobecności dziecka w szkole z jakiegokolwiek powodu to dla kierowcy czas bez zarobku. Wystarczy zatem, by na czworo przydzielonych dwoje chorowało dwa tygodnie w miesiącu i już kierowca nie zarobi na utrzymanie.

Być może to jest powód, dla którego na te stanowiska zatrudniani są ludzie przypadkowi, z przysłowiowym nożem na szyi, muszący zarabiać choćby głodową pensję. I są wśród nich osoby sympatyczne i troskliwe, takie trzeźwo myślące, ale zdarzają się również i tacy, dla których nie tylko znaczenie pojęcia kultura osobista nic nie oznacza (np. tak jak jedna pani z buzia jak stąd nad morze, lub pan, który w oczekiwaniu na dziecko rozkładał na kierownicy gazetę i kopcił papierochy, i nigdy nie zareagował w oczekiwany sposób na moje prośby, by palił poza autem - z obojgiem miałam wątpliwą przyjemność współpracować w zeszłym roku). Są też zwyczajne niemyślungi lub ewentualnie za własne niepowodzenia odgrywający się na niczemu winnych dzieciach. Jeden taki od kilku tygodni przywozi Asię ze szkoły we czwartki. Zwykle mocno spóźniony, bo "musi" najpierw inne dziecko zawieźć na drugi koniec Kraka (do nas ma trzy minuty jazdy), dzisiaj sprawił, że pomyślałam sobie o nim po prostu "cham".

Jak w sam raz dzisiaj lało jak z cebra, gdy przywiózł Asię. Brama już stała otworem, aby pan mógł podjechać jak najbliżej wejścia do domu. Nie podjechał. Ale to i tak nic. Gdy usłyszałam dzwonek domofonu, pomyślałam sobie, że w ten sposób melduje swój przyjazd i abym wyszła po Myszkę i dopiero wtedy wywiezie ją z busa. Tego w każdym razie spodziewałam się patrząc, co się za oknami dzieje, bo sama tak bym zrobiła. Zanim ubrałam kurtkę i buty minęło kilka chwil, a gdy wyszłam przed dom ujrzałam odjeżdżającego busa, a na podjeździe Myszkę siedzącą na wózku w strugach ulewnego deszczu. Od komentarza powstrzymam się, bo bardzo niecenzuralne słowa wciskają mi się pod palce. Ale za to pokrzyczę sobie. Owszem, jestem drażliwa, bo przedwczoraj paskudne choróbsko powaliło mnie na obie łopatki, już trzeci dzień dokopując wysoką temperaturą, ale nie sądzę, bym zdrową będąc zareagowała na tę sytuacje inaczej, więc pokrzyczę sobie raz jeszcze.   Bo co byłoby, gdybym dajmy na to przed wyjściem z domu, w którym oprócz mnie nikogo nie było, spadła ze schodów i zabiła się? No co? pytam.

Pozdrawiam ciepło,
Marta.

wtorek, 21 grudnia 2010

Przeczołgać pacjenta - oto dewiza Narodowego Funduszu Zdrowia

Milowymi krokami zbliża się przymiarka nowych ortez, a wraz z nią złożenie zamówienia na buty. Udałam się więc do naszego oddziału NFZ celem podbicia wniosków, które na tę przymiarkę dostarczyć musimy, gdyż w przeciwnym razie nowy sprzęcik trzaśnie nas po kieszeni, bagatela 3.800,- plus prawie tysiąc złotych za buty.
Kilka dni temu, zanim jeszcze udałam się do ortopedy po owe wnioski przezornie zadzwoniłam do funduszowskiego punktu obsługi pacjenta, by u źródła uzyskać dokładne informacje, co ma zostać napisane na druku, bym nie została odesłana z kwitkiem i do lekarza nie musiała wracać. Bo to i mój czas i jego, a ten szanować należy bez względu na to, kogo dotyczy.
Dowiedziałam się, że trzeba dobrze uzasadnić konieczność zakupu nowych ortez, ponieważ nie upłynął jeszcze ustawowy okres użytkowania poprzednich, ustalony przez ministra zdrowia na lat 3. Czyli poza tym, że Asia zwyczajnie z tamtych wyrosła dochodzi jeszcze operacja i przez to zmiana warunków anatomicznych. Tyle. Przypuszczałam, że jak zawsze na koniec roku kalendarzowego fundusz nie ma już pieniędzy na refundację i rację miałam, ale miła pani zapewniła mnie, że powodów do zmartwień nie ma, bo otrzymam promesę - wnioski "staną" w kolejce do realizacji w styczniu 2011.
Niestety, ta moja przezorność okazała się zbędna, bo i tak odeszłam z niczym. Człowiek uczy się przez całe życie, a i tak umiera głupi. Ja...umarłam dzisiaj.
Moje dziecko ma ponad 9 lat, więc byłam pewna, że mam naprawdę sporą wiedzę n/t rozszczepu kręgosłupa, które jest równoznaczne z upośledzeniem funkcji narządu ruchu, i wodogłowia, które może mu towarzyszyć, ale wcale nie musi. A dziś dowiedziałam się, że rozszczep kręgosłupa to...wodogłowie i dopóki lekarz nie opisze na wnioskach schorzenia nóg Asi, to mówiąc prosto kasy z NFZ nie dostaniemy, bo wg szefowej
małopolskiego oddziału NFZ (czy tam innej ważnej persony, nie wiem, bo w rozmowie telefonicznej tylko imieniem i nazwiskiem się przedstawiła) mało które dziecko potrzebuje zaopatrzenia ortopedycznego. Ewentualnie, jak mi zasugerowano jako najlepsze rozwiązanie sic!, lekarz może na wniosku wpisać...inną jednostkę chorobową! Taką, na jaką bezsprzecznie ortezy i buty ortopedyczne się należą.
Ja dociekliwa jestem, więc zapytałam o podstawę prawną odmowy oraz (idiotycznego w mojej ocenie) żądania szczegółowego opisu, na który nota bene na wniosku nawet miejsca nie przewidziano, skoro przez 8 lat wystarczyło podanie kodu choroby, a teraz to za mało. Poprzednio wniosek na ortezy podbijałam 1,5 roku temu, może zatem coś w przepisach się zmieniło, a ja jestem tego nieświadoma? Pani uprzejmie, acz z wyczuwalnym zniecierpliwieniem podała mi źródło odsyłając mnie do ROZPORZĄDZENIA MINISTRA ZDROWIA z dnia 29 sierpnia 2009 r. w sprawie świadczeń gwarantowanych z zakresu zaopatrzenia w wyroby medyczne będące przedmiotami ortopedycznymi oraz środki pomocnicze.
Po powrocie do domu rzuciłam się do komputera i w oczekiwaniu na powrót Asika ze szkoły spokojnie zgłębiłam się w lekturę dziennika, z którego wcale nie wynika, że warunkiem podbicia wniosków jest dokładne opisanie choroby. Dodać muszę, że zanim wyszłam rozgoryczona z punktu obsługi klienta przytomnie zapytałam, gdzie lekarz ma wpisać żądane informacje, bo na druku brak na to odpowiedniego miejsca. "O, tu lub tu", palec wskazał marginesy...
Kultura osobista nakazuje mi zachować komentarz dla siebie. Mogę jednak śmiało powiedzieć, że poczułam się także upokorzona i zniesmaczona faktem podważania kompetencji lekarzy, zarówno specjalistów prowadzących dziecko, jak i tych, a może nawet przede wszystkim tych z komisji wydających orzeczenia o niepełnosprawności. Punkt 1 wskazań dotyczących podstawy wydania Joasi orzeczenia brzmi bowiem: "Konieczność zaopatrzenia w przedmioty ortopedyczne, środki pomocnicze oraz pomoce techniczne ułatwiające funkcjonowanie".
Październikowa operacja Myszki kosztowała nas 11.900. Można śmiało przyjąć, że to kwota, jaką NFZ na nas zaoszczędził. Do niej należałoby dodać ponoszone przez nas samych koszty wszystkich (nie wynikających z kaprysu a z konieczności, niestety) wizyt prywatnych u ortopedów, nefrologa i pediatry, u okulisty i w gabinecie radiologicznym, za badania, bo pediatra/lekarz pierwszego kontaktu skierowania nie wypisze z obawy, że mu po pensji pojadą albo oczekiwanie na terminy koszmarnie długie a trzeba na cito niemal. Np. rezonans magnetyczny kręgosłupa kosztował nas ponad 450 złotych, bo do operacji wynik niezbędny był i nie mogliśmy czekać na to badanie 3 miesiące. Tak jak nie mogliśmy czekać 1,5 roku na operację Asiolkowych nóżek, a tak długo musielibyśmy czekać na nią na fundusz zdrowia.
Płacimy niemałe składki na NFZ i mamy z tego...wiadomo co.
Amen.

Pozdrawiam serdecznie,
Marta.

wtorek, 9 listopada 2010

Tydzień niedobrych wieści

Było dobrze, a ja tak mieć nie mogę na stałe czy na dłużej chociażby. Za dobrze by mi było...
Primo:
2 listopada Asia miała badanie wzroku i bum! Na oba oczka ma ponad 4 w plusie i astygmatyzm na dodatek. Niewykluczone, że niedowidzenie jest przyczyną jej wolniejszej pracy w szkole i w domu. Okularki zamówione, do odbioru jutro. Ha! Dzisiaj tak naprawdę. Jednak nie odbierzemy ich, bo...
Secundo:
Za trzy godziny wyjeżdżamy do Poznania. W sobotę na gipsie, w okolicy wystającego z lewej nóżki drutu, pojawiła się plama. Nie wiadomo czego. Na krew to nie wygląda, nie śmierdzi, więc to nie ropa. Może płyn surowiczy? W niedzielę Myszka zagorączkowała - 37,6. Od czego? ZUM? Wysięk? Poza światłowstrętem czuła się dobrze. Jeszcze nie panikowaliśmy, ale coraz bardziej złościliśmy się, że do profesora nie możemy się dodzwonić, bo ani on, ani jego asystentka nie odbierali. To samo przez prawie cały poniedziałek. Zero kontaktu, także w klinice jakby nikogo nie było. Tymczasem przed południem plamę "tego czegoś" zauważyłam na skarpetce, popołudniu kolejne. Znaczy się nie jest dobrze. I gorączka 38,4. Wreszcie późnym popołudniem udało się dodzwonić do kliniki. Recepcjonistka wysłuchawszy mnie: "Przyjeżdżajcie jutro! Już wyjmuję kartę Asi".
Dobrze, że jak w sam raz na poniedziałkowy wieczór termin RTG mieliśmy i z pustymi rękami nie pojawimy się u profesora. Ale co z tego? I tak jestem pełna obaw. Za tydzień mieliśmy dopiero jechać...na wyciągnięcie drutów...a tu taka historia...
Tertio:
Zdaje się, że do Asikowego pęcherza znów się coś przypałętało. W piątek dziecię miało mieć urodynamikę...Kolejny raz nie wypaliło badanie...

Nie dziwię się, że się podziało...Jak dobrze, że gips jest epoksydowy, cienki i przepuszczający...spod tradycyjnego pewnie nic by się nie wydostało na światło dzienne i być może za tydzień odkrylibyśmy jakąś okropność...



A tu tak dla zaspokojenia ciekawości blaszka 8 plait, która blokując wzrost kości ma spowodować, że podczas wzrostu Asi będą wydłużały się tkanki miękkie niwelując istniejący przykurcz pokolanowy. Oby Myszka dobrze rosła. ;)



Pozdrawiam serdecznie,
Marta.

czwartek, 30 września 2010

Wizyta u neurochirurga, ostatnie przygotowania do operacji

Milowymi krokami zbliżamy się do finału przygotowań do operacji. Jeszcze tylko wizyta u pediatry, co by dziecię, z katarem w niedzielę i podwyższoną temperatura w poniedziałek obudzone, osłuchał. Co prawda na moje matczyne oko udało się rozpoczynającą się infekcję w zarodku stłumić, ale dopiero opinia lekarza zapali zielone światło do podróży.
Muszę także upewnić się, czy w istocie Zinnat, który Asia przyjmuje od wtorku na nieskutecznie jednak pogonioną E.Coli nie będzie przeszkodą. Nasza pani nefrolog uznała, że po nim Myszka wyjałowiona będzie już następnego dnia, a do piątku to już na bank i zgodę na operację dała, ale wątpliwości co do interakcji utrzymującego się w krwiobiegu leku z "usypiaczem" zwyczajnie mam. Tak, jak do uzgodnionego z p. nefrolog drobnego oszustwa w tzw. dobrej wierze, czyli do nieprzyznawania się do aktualnej sytuacji, bo okołooperacyjnie i tak antybiotyk się podaje.

Podczas wczorajszej wizyty u neurochirurga odczuwałam napięcie. Zrozumiałe jest, że lekarz przed wydaniem zgody na operację nie oprze się na opisie rezonansu jedynie, więc dr Kawecki oglądał zdjęcia w wielkim skupieniu i długo. Tyle, że na twarzy miał wymalowaną jakąś taką szczególną powagę, że aż mnie ciarki przechodziły. I bęc! Asia ma zakotwiczony rdzeń kręgowy, co oznacza tylko jedno - kolejną operację. I to jak najszybciej, by nie stracić uzyskanych operacją ortopedyczną nóżek efektów.
Umocowanie rdzenia do ściany kanału kręgowego uniemożliwia przesuwanie się rdzenia kręgowego ku górze i jest przyczyną pogłębienia się zaburzeń unerwienia nie tylko kończyn dolnych (a więc i powstawania deformacji nóg), ale i pęcherza moczowego.

Na razie staram się odsuwać myśli o niej, ale to niewiele daje. Niezależnie od mojej woli pojawiają liczne pytania i pewien żal do lekarzy, którzy jak widać zapominają (bo trudno uwierzyć, że nie wiedzą), że jedno na drugie ma wpływ i nie wolno im problemów zdrowotnych pacjenta traktować wybiórczo. Żal, bo być może uwolnienie rdzenia przed lub po operacji Asikowych nóżek w marcu 2007 ta byłaby zbędna...

Pomyślcie ciepło o mojej córci jutro (zabiegi zaczynają się ok. 14-tej), zaciśnijcie kciuki, choć krótką modlitwę zmówcie...proszę...

Pozdrawiam serdecznie,
Marta.

Post scriptum - g. 11.48
Konsultacja z pediatrą wypadła pomyślnie. Antybiotyk w żaden sposób nie uniemożliwia narkozy i przeprowadzenia zabiegu. O Zinnacie powiedzieć, jako o leku podawanym do dzisiaj profilaktycznie, aby czasem kolejny ZUM się w ostatniej chwili nie przyplątał.
Zatem wyjeżdżamy ok. 15-tej, najpierw do Lubieszowa, do Kasi i niezwykłego Igorka, a jutro raniutko już wspólnie - mam nadzieję,- do Poznania. Bo to ma być "wspólna" operacja naszych pociech, żeby łatwiej im obojgu było przejść to wszystko nieprzyjemne i budzące większy lub mniejszy lęk. ;) Czy to się uda? Hmmm...wszystko zależy od dzisiejszego wyniku posiewu z moczu Iguta. Kciuki w każdym razie od kilku dni trzymam za ujemny.

wtorek, 21 września 2010

Rezonans magnetyczny, czyli przygotowania do operacji

Zza uchylonego okna dobiegają mnie odgłosy jesieni. Mimo hałasu dochodzącego z pobliskiej budowy kolejnego na naszym wiejskim krakowskim osiedlu domu słychać wyraźnie jak liście, jeszcze kilka dni temu całkiem zielone, z drzew spadają. A raz po raz moją uwagę przykuwa wiewiórka przybiegająca na nasze orzechy po zapasy na zimę. Czasem, gdy zgłodnieje, funduje sobie posiłek na miejscu i wówczas słychać chrupanie, a między przerzedzonymi liśćmi można zauważyć spadające łupinki. Z twardą skorupką najwyraźniej potrafią sobie radę dać także sójki. Co i rusz buszują między gałęźmi, by po chwili odlecieć z orzechem w dziobie. Ciekawe, czy dzioby mają takie mocne, czy raczej inteligentny sposób na dobranie się do smakołyku mają?
Rozkoszuję się tym widokiem, z przyjemnością obserwuję podchodzące do naszych włości sarny (chyba warto pomyśleć o regularnym dokarmianiu ich zimą), odpoczywam. Regeneruję siły utracone w poprzednim tygodniu.
Profesor w lipcu, gdy ustalaliśmy termin Asikowej operacji zapomniał poinformować nas o konieczności wykonania tomografii komputerowej kręgosłupa w odcinku L/S (lędźwiowo-krzyżowego) i dostarczenia mu opinii neurochirurga wydanej na podstawie tego badania. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero jakieś dwa tygodnie temu.
Sprawa, z pozoru prosta, okazała się wyjątkowo skomplikowanym przedsięwzięciem. W każdym razie do przeprowadzenia w tak krótkim czasie.
Neurochirurg (udało nam się do niego dostać pięć dni później psim swędem) bez badań, na które czeka się w kilkutygodniowych kolejkach co najmniej, oczywiście opinii nie wyda. Ale co tam,pomyślałam, przecież możemy termin TK zaklepać na listopad czy grudzień, a następnie podmienić skierowania, bo TK głowy i przysadki na zlecenie endokrynologa, wyznaczone na 16 września, nie jest takie pilne...Nic z tego. To musi być rezonans magnetyczny, bo tylko to badanie jest w stanie pokazać dokładnie strukturę kręgosłupa i stwierdzić ewentualną obecność kotwiczenia rdzenia kręgowego. Najbliższy termin z anestezjologiem, bo dziecko do badania uśpić trzeba, 16 grudnia.
Nie chciałam przesuwać terminu zabiegu. Same gipsiory to min. 16 tygodni unieruchomienia, zakładając, że wszystko gładziutko, bez komplikacji przebiagało będzie. W maju zaś komunia, więc czas na rekonwalescencję i ponowne stawianie Asiolka na nogi musi być. Zaczęła się więc walka z czasem, czyli gorączkowe poszukiwanie pracowni diagnostyki obrazowej, gdzie wykonanoby na nasz koszt ten nieszczęsny rezonans. Dramat. We wrześniu nigdzie i za żadne pieniądze to niemożliwe, bo albo anestezjologów nie mają, albo mają, tylko obłożonych terminami do listopada, albo wręcz MRI u dzieci do lat 10-ciu nie wykonują. W czwartek byłam już tak wyczerpana psychicznie, że powiedziałam sobie trudno, nie ma wyjścia, będziemy ciąć po nowym roku. Jednak dla spokoju sumienia wykonałam jeszcze jeden telefon, z nadzieją, że może poza Krakiem się uda. Bingo! Co prawda w pracowni Macieja Sajewicza w Suchej Beskidzkiej najbliższy termin na badanie płatne był dopiero na październik, ale ludzie tam szalenie życzliwi są i na koniec rozmowy padło upragnione "Przyjeżdżajcie w poniedziałek". Super. Ledwie 50 kilka kilometrów od Krakowa i na dodatek tylko za 400 zeta, zamiast 650 u nas. Jednak było jedno "ale". Warunkiem wykonania badania jest przedstawienie zaświadczenie od neurochirurga o braku przeciwskazań, jakim u Myszki mogła być zastawka komorowo-otrzewnowa, która może zawierać elementy metalowe uniemożliwiające przeprowadzenie MRI. Na jego zdobycie zostały mi dwa dni tylko.
Telefon do szpitala uniwersyteckiego przygasił mój optymizm. Po złożeniu wniosku o wydanie kserokopii jednej tylko strony z dokumentacji medycznej mojego dziecka, tej, na której jest umieszczona informacja o rodzaju zastawki, trzeba czekać dwa tygodnie. Pojechałam, wypełniłam wniosek. Proszę dzwonić jutro, może sie uda. Może? Ja nie mogę czekać w niepewności. Ja muszę mieć ksero protokołu operacji już, dziś! Co tu robić? Co tu robić? Dobra, idę do poradni neurochirurgicznej, bo akurat we czwartki przyjmuje lekarz, który zastawkę Asi wszczepiał. Na korytarzu go zaczepiłam. Niekulturalnie? Całkiem możliwe, ale to o moje dziecko chodziło, więc co tam. Odmówił, bo i bez terminu wizyty się pojawiłam i na dyżurze sam, więc na oddział się spieszy, do zabiegu, i za drzwiami gabinetu zniknął. Poryczałam się na tym korytarzu z bezsilności. I z żalu, że wszystko na dobrą drogę wkroczyło a tu taki psikus. Nie zrezygnowałam jednak i swego dopięłam! Z pomocą jednej z pielęgniarek o ogromnym sercu, która narażając się lekarzowi wyciągnęła z oddziału neurochirurgii historię leczenia szpitalnego Asi, zmusiłam pana doktora w sensie dosłownym do zrobienia tego, co chciałam. Ze słowami "Co za durnie z tych diagnostów, że nie wiedzą, że od 1995 roku nie używa się już zastawek z metalowymi częściami!" wypisał zgodę. Uff! Warto było czekać prawie pięć godzin aż przyjmie ostatniego tego dnia pacjenta.

Jesteśmy już po rezonansie. Korzyść z tej nerwówki, poza wspomnianą finansową, jest taka, że Asia nie musiała wjeżdżać do zamkniętej tuby, bo ta otwarta jest i koniec końców obeszło się bez usypiania (i dobrze, bo w przyszłym tygodniu czeka ją narkoza, wcale nieobojętna dla organizmu). Dzięki otwartej tubie dziecię nie odczuwało strachu, zwłaszcza, że obok tatuś był i trzymając za łapkę bajki opowiadał, i bardzo dzielne było i nawet nie drgnęło. Teraz tylko trzeba będzie wynik/opis odebrać, w przyszłą środę po opinię do neurochirurga z tym się udać, a już następnego dnia w drogę do Poznania, na skróty przez...Lubieszów. Oczywiście o ile wyniki badań krwi będą w porządku i Myszka jakiejś infekcji nie złapie, a i ZUM nie wróci.

Trzymajcie kciuki, plisss.

Pozdrawiam serdecznie,
Marta.

sobota, 11 września 2010

Operacja już za trzy tygodnie

Ostatnio pisałam, że wolałabym zdecydowanie, by przyczyną leukocytozy u Asi była obecność pasożytów. Pyrantellum raz i drugi byłby i kłopot z głowy. Niestety, znów, albo nadal mamy Eschericia Coli do wybijania. Amoksiklav okazał się poprzednim razem nieskuteczny, więc teraz Asia dostała Augmentin ES. To w sumie to samo, czyli amoksycylina z kwasem klawulanowym, na którą paskuda wg antybiogramu nadal jest wrażliwa, tylko że o mocy większej, no i tym razem w dawce 2 x 8 ml zamiast 6 ml.
Mam nadzieję, że tego ataku "coli" nie odeprze i trafi ją na amen. Do operacji zostały już trzy tygodnie tylko, z czego dwa to kuracja, a jeszcze posiew z moczu trza zdążyć zrobić i ujemny wynik mieć czarno na białym.
Od pojutrza miał się rozpocząć cykl badań zleconych przez urologa, ale wszystkie przełożyć muszę, bo żadnego z ZUM-em się nie wykonuje. Jak "dobrze" pójdzie, to urodynamikę kontrolną zrobimy dopiero po prawie dwóch latach od ostatniej, zamiast po roku. Do endokrynologa też nie będę miała po co iść, bo zamiast zleconej tomografii komputerowej głowy musimy do operacji TK kręgosłupa zrobić (dowiedziałam się o tym dopiero tydzień temu), a nie można bez bezwzględnych wskazań poddawać dziecka temu badaniu w niewielkim odstępie czasu.
Wielka szkoda, że profesor podczas lipcowej wizyty u niego nie powiedział, że ta TK wraz z opinią neurochirurga jest mu niezbędna, aby zabieg bezpiecznie dla Asi przeprowadzić mógł. Dobrze chociaż, że dziecko ma pakiet w Luxmedzie wykupiony i nie tylko za badanie płacić nie musimy, ale i termin jest z dnia na dzień dosłownie. W USD co prawda także nic by nas nie kosztowało, ale dr Kawecki, u którego byłam z Asią w poniedziałek wyznaczył nam termin na...15 grudnia. Tak więc pakiecik "życie" nam ratuje. ;) Teraz tylko pozostanie z wynikiem TK na siłę wcisnąć się do dr Kaweckiego, żeby na jego podstawie opinię dla ortopedy wypisał, a jeśli się to nie uda, bo jakoś taki mało proludzki gość jest, to trzeba będzie szturm na gabinet prywatny zrobić, z nadzieją, że koszt wizyty nas nie zrujnuje.
I to wcale nie jest śmieszne, bo ostatnio koszt operacji wzrósł i to znacznie. O tym również dowiedziałam się w zeszłym tygodniu dopiero. I tak z ok. 9,5 tysiąca zrobiło się prawie 14 tysięcy. A tu jak na złość fundacja nie zamierza rozpocząć księgowania na subkontach wpłat z 1% wcześniej niż na przełomie października i listopada, przy czym cały proces może i w grudniu dopiero się zakończyć. Po niedzieli będę dzwonić do Słoneczka i błagać, żeby przynajmniej nasze miasto rozpracowały panie w najbliższych dniach, bo wiem, że z krakowskich Us-ów na bank jest sporo wpłat. Pewnie niełatwo będzie, ale może się uda je namówić...Sami w każdym razie nie udźwigniemy ciężaru kosztów zabiegu, pobytu i podróży do Poznania i z powrotem. Nawet nie chcę myśleć, że tych wyjazdów kilka będzie, bo to szwy, bo przegipsowanie, wreszcie pożegnanie z gipsiorami, a potem 3-krotnie Jelenia Góra przed nami, bo przecież nowe łuski trzeba będzie Myszce zrobić i to także będzie koszt spory, bo jedna ortezka ok. 1800 zeta kosztuje, a dwie są potrzebne...
Ktoś kiedyś powiedział, że Pan Bóg daje chore/niepełnosprawne dzieci dobrym ludziom, którzy podołają wyzwaniu. Pomijając fakt, że i w patologicznych rodzinach przychodzą na świat takie niezwykłe dzieciaczki, to może powinien ofiarowywać je raczej rodzicom bogatym, którzy całkiem samodzielnie, bez wsparcia ludzi o wielkich sercach są w stanie zapewnić pociesze leczenie i rehabilitację na odpowiednim poziomie i z konieczną częstotliwością oraz niezbędny sprzęt ortopedyczno-rehabilitacyjny? Hmmm...
Pozdrawiam cieplutko i udanej niedzieli życzę,
Marta.

sobota, 7 sierpnia 2010

Dzwonię do taty

14 lipca 2010:
- Asiu, ubierz szybciutko t-shirta i pójdziemy na plażę.
- Nie, bo nie umiem.
- Ależ umiesz, umiesz. Wiem doskonale, że świetnie poradzisz sobie z tym zadaniem. - próbuję wzmocnić w dziecięciu wiarę we własne możliwości, błyskawicznie orientując się w sytuacji.
- Nie umiem! - uparciuch w ryk.
- Daj spokój. Obie doskonale wiemy, że bez problemu radzisz sobie z ubieraniem góry - nie daję za wygraną. - A im szybciej się ubierzesz, tym szybciej na plażę pójdziemy.
- Nie umiem!!!
- W takim razie nie pójdziemy na plażę i zostaniemy w pokoju. - postanowiłam być nieugięta i nie pozwolić sobą dyrygować, nawet za cenę histerii.
- No to dzwonię do taty! - zagroziło mi dziecko, pewne, że tata z plaży przygna i nie tylko grzbiet odzieje dla świętego spokoju, ale matce opieprzkę zafunduje za znęcanie się psychiczne nad dzieckiem.
Epilog:
Dziecko pecha miało, bo tata zostawił telefon w pokoju. Poryczało i ostatecznie ubrało się. Kosztowało mnie to wypalenie trzech, jeden po drugim, papierosów na balkonie, ale dziecko odebrało lekcję pokory.
PS. Reprymendę, oczywiście, dostałam. Przyjęłam ją ze spokojem. Może dlatego, że po raz pierwszy nie przysłuchiwała się jej Asia, a może dlatego, że jestem głęboko przekonana o słuszności swojego postępowania względem niej. Bo - jak powiedział Arystoteles - wychowanie to rzecz poważna. Musi się w nim mieszać przykrość z przyjemnością.

Dzisiaj:
- Tato. Podnieś mi to.
- Nie, Asiu. Możesz sama to zrobić.
Asia głośniej:
- Tato! Podnieś!
Tato, też głośniej:
- Nie! Sama sobie podnieś!
Asia w szale:
- No, podnieś mi to!!!
Tato, też w szale, złapał dziecię pod pachę i wyniósł do salonu, by się uspokoiło i przemyślało sprawę, komentując zdarzenie nad wyraz głośno: A trzeba Ci dupę bić, to będziesz grzeczniejsza!!!

To incydentalna reakcja. Jak dotąd Asia zwykle wymuszała na ojcu wszystko, co chciała. Łącznie z wieczornym myciem zębów (przy którym czasami mój mąż mnie zastępuje), bo ona "jest już zbyt zmęczona na to". Czyżby J. w końcu zrozumiał, że tak dłużej być nie może? Jeśli tak, to dobrze, ale martwi mnie sposób w jaki usiłuje to zmienić...Nie tędy droga...IMHO Asia ma prawo wściekać się i histeryzować na znak protestu, ale nie może się bać...
I co z tym fantem zrobić...?

Marta

czwartek, 4 marca 2010

Marazm już za nami?

Po kilkunastu wiosennie rozleniwiających dniach znowu mamy mrozik, który na szczęście nie przeszkadza ptasiemu bractwu w zakłócaniu ciszy radosnym świergoleniem. Dziś nawet niewidziany od jesieni dzięcioł głośnym waleniem w pień pobliskiego drzewa oznajmił, że oto już jest i wara konkurentom od tego miejsca. Tak, tak. Wraz z nastaniem marcowego ocieplenia ptaki zaczynają się szykować do budowy gniazd, a dzięcioły właśnie swoim rytmicznym stukaniem dają do zrozumienia innym, że teren, na którym „bębnią” jest już przez nich zajęty.
Wiosna tuż tuż? Mam nadzieję, bo męczy już okrutnie konieczność wciskania się w mało wygodne ciuchy zimowe, a zima choć piękna, to jednak jakaś taka dołująca jest. I być może nie tylko dla mnie.
Pewnie wspominałam już o spadku formy u Asi, o jej niechęci do wysiłku związanego z nauką. Wszystko zaczęło się około listopada. Im bardziej dnia ubywało, tym bardziej problem narastał - Myszka okazywała tumiwisizm (na czele z kategorycznym "Nie zrobię tego!), a mnie dręczyła bezsilność. I zmęczenie psychiczne, gdy okazywało się, że kolejny pomysł na zmotywowanie dziecka do pracy nie przyniósł oczekiwanego rezultatu, a w dzienniczku znajdowałam kolejną uwagę n/t rzekomego lenistwa mojego dziecka.
Długo myślałam nad przyczyną takiego stanu rzeczy, bo w mojej ocenie nie tkwiła ona jedynie w postawie mojego męża, który - jako zwolennik cackania się z ostatnią sztuką wspólnego potomstwa - był nie-uprzejmy głośno wyrażać swoje niezadowolenie z jego "psychicznego dręczenia" przez Matkę, która była (i nadal jest) wstrętna, bo wymaga i traktuje dziecko adekwatnie do liczby lat nie czyniąc z niego dzidziusia. W tym miejscu przynać jednak muszę, że po sławetnej intrydze uknutej z wychowaczynią Myszki widzę postępy w rodzicielskim rozwoju mojego męża. ;)
Zatem myślałam, myślałam, a że starsze panie miewają już problemy z jasnością i lotnością umysłu to "chwilę" to trwało. Ale oto eureka! Moje pochwały i różnorodne formy pobudzania do aktywności nie mogły być efektywne z bardzo prostej przyczyny. Na tym etapie rozwojowym, na jakim aktualnie jest Asia, rodzic traci dość znacznie na autorytecie na rzecz pani w klasie. Jak zatem miało być dobrze, skoro w dzienniczku brak było pochwał, a w zeszytach i ćwiczeniach dobrych ocen, a wręcz nawet parafki choćby, poświadczającej, że pani sprawdziła, jak i czy w ogóle Asia ze swojego obowiązku się wywiązała. Mało kogo motywuje krytyka, a już z całą pewnością nie dziecko wrażliwe, mające mimo wszelkich matczynych i ojcowskich starań trudniejszy (z powodu niepełnosprawność) i start.
Jestem już po kilku rozmowach na ten nurtujący mnie temat. Sprawa nieumiejętnego zaangażowania nauczyciela wspomagajacego została przez wychowawcę klasy zgłoszona do dyrekcji i szkolnego pedagoga. Od jakichś dwóch tygodni każdego dnia Asiolek wraca ze szkoły z pochwałami i piątkami, uważam, że należnymi, bo to mądra i ambitna w gruncie rzeczy dziewczynka (wczoraj dostała czwórkę, a "To przecież gorsza od piątki ocena, mamusiu"), a odrabianie zadań z nią to teraz czysta przyjemność.
Dało się? Dało. I oby trwało, bo pomna zeszłego roku, podczas którego poza narzekaniem właściwie nic dobrego o Asi od pani wspomagającej nie usłyszałam, nie wyobrażam sobie, by pełniła tę rolę w tej klasie aż do końca podstawówki.
Pozdrawiam serdecznie i do następnej notki,
Marta.

czwartek, 26 listopada 2009

Nie ma ludzi niezastąpionych...

Siedzę sobie w mojej dziupli i poraz kolejny zastanawiam się nad prawdziwością tych słów. I muszę ponarzekać, jak typowy ponoć Polak, bo to ostatnia z trzech prawd (tych z dowcipu).
Wystarczy, że z jakiejś konieczności jestem w domu w porze popołudniowo-wieczornej nieobecna (dla własnego widzimisię i zaspokojenia jakiejś własnej potrzeby jakoś nie mam odwagi wyjść), a ważne sprawy związane z Asią leżą. Lekcje na dzień następny nie odrobione, wieczorny przydział leków nie podany, umyte co najwyżej zęby, a zamiast bajki o 20-tej przeczytanej lub opowiedzianej z finałem w postaci buziaka i życzenia kolorowych snów Disney Channel do ostatniego filmu, chyba, że dziecię odpłynie wcześniej...I wcale nie pociesza mnie fakt, że ćwiczenia, te z tatusiem, są prawie zawsze odbębnione i ostatnie cewnikowanie wykonane na czas.
Nie chodzi także o chęć dyskredytacji małżowina, tylko o to, że nie potrafię skłonić go do większej odpowiedzialności i rady już nie daję...Bo ja wcale nie chcę być niezastąpiona, a muszę i w pewnym sensie ubezwłasnowolniona się czuję.
Teoretycznie mogłabym odpuścić sobie. Od brudu podobno się nie umiera (tylko z zimna, jak cała armia napoleońska), zęby można trzecie obstalować, a ZUM-a, co bez osłony w postaci furaginy pojawić się może ostatecznie wyleczyć... Ale trudno pogodzić się z uwagą w dzienniczku, że Asia znów nie odrobiła zadania, na którą jej tata się burzy, zapomniawszy już, że to on sam miał dzień wcześniej dyżur przy dziecku. I ciężki jest dla mnie poranek po takim dyżurze...
Jutro znów nie będę mogła Myszki dobudzić i mój stoicki spokój nic nie da. Asia wyczuwa doskonale tłumione przez matkę napięcie, więc będzie marudzić i śniadania nie będzie chciała jeść, tabletek też nie będzie się dało połknąć, włosy podczas czesania boleć będą, kurtka okaże się złośliwa i nie będzie dała się założyć i w ogóle do bani. Nic przyjemnego dla żadnej z nas, ale niestety tylko my dwie o tym wiemy...
Rzeczowe rozmowy n/t nie skutkują, tłumaczenie, dlaczego pewne niefajne zwyczaje trzeba absolutnie zmienić (nie dla mnie przecież, a dla córki!) nie dociera...Myślałam, że jak córa podrośnie to przestanę być w domu uwiązana, a tu nic z tego. Wychodzi na to, że sama muszę wszystkiego dopilnować, żeby Asik poranki miała radosne, a mój mąż...bez problemu wieczorami telewizję mógł oglądać...
A może w końcu znajdę jakiś sposób, by przemówić gościowi do rozsądku, tak jak udało się w końcu z wózkiem aktywnym? Bardzo bym sobie tego życzyła...

A Asia? Nieustająco chętnie do szkoły chodzi, pracuje zwykle chętnie i starannie choć wolniej niż rówieśnicy i stąd jej zadania domowe są obszerniejsze niż tych, którzy w szkole zdążą ćwiczenia wykonać. Coraz lepiej czyta i radzi sobie nawet z dość wymyślnymi czcionkami. Z pisaniem bywa różnie - zapowiada się, że będzie miała ładny charakter pisma, ale gdy spieszy się to szkoda gadać, dlatego ciągle jeszcze nie zamieniła ołówka na pióro, które trudniej wymazać. Fajnie radzi sobie z matmą, ale na angielskim zwykle nie robi nic i muszę z nią w domu uzupełniać.
Dzięki szkolnej pani psycholog, z którą ma zajęcia raz w tygodniu, gdy klasa na basen idzie, zaczyna powolutku radzić sobie z negatywnymi emocjami. Nadal jeszcze miewa niekontrolowane wybuchy złości i gniewu, ale widzę pewną poprawę. Na chwilę obecną zdarza się jej już wyrażać uczucia bez okazywania agresji. Myślę, że także nasze pogaduchy przed snem o wydarzeniach mijającego dnia, skłaniają moją coraz mądrzejszą dziewczynkę do przemyśleń i wyciągania pierwszych poważnych wniosków. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że dużo pracy jeszcze przed nami. Pracy, do której mój mąż powinien się włączyć. Tak, tego jestem pewna po przeanalizowaniu przyczyn Asikowych problemów, ale o tym może w którejś z kolejnych notek. A tymczasem muszę poważnie zastanowić się nad jakimiś warsztatami dla rodziców, bo od dawna mam wątpliwości co do tego, czy w pełni swoje dziecko rozumiem, a i fachowe podpowiedzi, jak skutecznie rozwiązywać sytuacje, gdy Asia pada ofiarą buntu i złości też by mi się przydały.

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marta.
Suplement
To napewno nie czary, ale zabawny zbieg okoliczności - przed chwilą odebrałam e-maila nastepującej treści:

Zostały jeszcze tylko trzy wolne miejsca na warsztatach,
które mogą pokazać Ci, jak radzić sobie ze złością dzieci.
Wystarczy zadzwonić: 504 094 711
lub odpisać na ten e-mail.
Warsztaty o tym, jak radzić sobie ze złością,
pt. "Kiedy Mały i Duży czuje złość"
Jutro: 28.11.2009 - sobota, 10.00 - 14.00.


Oczywiście ani chwili nie zastanawiałam się i jutro będę się edukowała.

Marta, 27 listopada 2009, godz. 13:04


sobota, 9 maja 2009

Nowe doniesienia n/t paluszka

Witajcie serdecznie.
Trochę za dużo ostatnio dzieje się wokół mnie...Czuję się tym wszystkim tak zwyczajnie przemęczona i coraz częściej ogarnia mnie zniechęcenie do wszystkiego dosłownie. Weny twórczej także brakuje, stąd te przerwy w dostawie notek. Szkoda, bo pamięć już nie ta, co kiedyś, więc to i tamto umyka bezpowrotnie.
Cały tydzień przetrzymalam Asiolka w domu i na kolankach w trosce o rozwalony paluszek. Jedno i drugie trudne było, bo Asia tęskni i za szkołą i za chodzeniem. Każdą sposobność postania sobie chociaż wykorzystuje skrupulatnie. Ot, choćby mycie łapek jest dobrym pretekstem.
Dziś z wielką obawą pozwoliłam Myszce pochodzić trochę, tak normalnie, w łuskach. Paluszek, choć powoli, ale goi się ładnie i nie chciałabym - dla córci przede wszystkim - by wszystko zaczęło się od nowa. Wychodne dziś sobie zrobiłam, więc tata dyżurujący wieczorem przy dziecku nastraszył mnie po powrocie, że kłopot mamy, bo nowoutworzony naskórek pękł i z ranki sączy się "coś", ale okazało się na szczęście, że demonizował. Niemniej jednak postanowiłam wyekspediowac Asiolka do szkoły dopiero po całkowitym zaleczeniu rany. Nawet nie chcę myśleć o jej reakcji na tę decyzję...moje dziecię w wyjątkowy bowiem sposób potrafi okazać swoją dezaprobatę dla wszystkiego, co jej nie spasuje.
Przyznam, że w całej tej sytuacji dopatrzyłam się jednego pozytywu. We wtorek mam kolejną wizytę u stomatologa, którą jak zwykle zaklepałam sobie w czasie zajęć lekcyjnych Myszki. Początkowo zmartwiłam się, jak sobie poradzę z wniesieniem wózka na pierwsze piętro, ale myśl o tym, że przy okazji sprawdzimy stan ząbków Asiolka, od razu sił dodała. Tzn. wiem, że dam radę, jak ze wszystkim, co trudne niby czy nawet niemożliwe, a jednak na rzecz dzieci realizowalne.




Pozdrawiam Was cieplutko i życzę miłej niedzielki,

piątek, 1 maja 2009

Przechlapany długi weekend

Jak się chrzani, to na całego.
Wczoraj poraz pierwszy Asia cały dzień chodziła w nowych łuskach, a teraz jest uziemiona. Zamiast radośnie spędzić te wolne trzy dni i zabrać Myszkę tu i tam, musimy modlić się, by wystarczyły one na zagojenie się paluszka. W przeciwnym razie czeka Asiolka absencja w szkole.
Nowe łuski może i mają lepsze działanie lecznicze, ale wymuszają chodzenie na palcach, ponieważ są sztywne w części palcowej, co uniemożliwia zginanie. W związku z tym stopy dziecka przesuwają się w te i wewte i szorują po wnętrzu łusek. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Jeszcze wczesnym popołudniem, gdy po powrocie Asi ze szkoły cewnikowałam ją i podczas masażu dokładnie jej nóżki oglądałam, nie zauważyłam nic niepokojącego. Za to po rozebraniu jej do kąpieli...Ech...Zresztą sami zobaczcie:




Pozdrówka cieplutkie,

środa, 22 kwietnia 2009

Stare łuski były the best. Dygresja n/t Cool Club

Ostatnio obiecałam napisać o nowych łuskach korygujących niefizjologiczne ułożenie/ustawienie stópek Asi i mających chronić je podczas chodzenia przed wszelkimi urazami. Słowo się rzekło, kobyłka u płota...przechodzę więc do meritum.
Łuski zostały wykonane w łódzkim SOL CTO, przez panią Madzię Podlecką, która zresztą z powodzeniem wykonała poprzednie łuseczki dla Myszki. Asia chodziła w nich jakieś dwie godziny wczoraj, dziś odbębniła w nich pracowniczą dniówkę. Poza zaczerwienieniem na jednej łydce, powstałym podczas zabawy na klęcząco, nie zauważyłam nic innego, co mogłoby zaniepokoić. Wydaje się więc zatem, że konieczność zeszlifowania nieco górnej części to jedyny mankament, którego zresztą spodziewałam się. Łuskę do poprawki odeślemy za kilka-kilkanaście dni dopiero, gdy będą już potrzebne do wykończenia łusek na noc. Będą one wykonane na podstawie odcisków Asiolkowych nóżek, na szczęście jeszcze nie wyrzuconych. Dzięki temu nie będziemy musieli ponownie podróżować do Łodzi.
Tak jak się spodziewałam historia koło zatoczyła i znów powstał poważny problem z zakupem butów do nowego modelu łusek. Powiem więcej - to tragedia. Zdążyłam obskoczyć kilka sklepów i poza półtrampkami w Smyku nie znalazłam żadnych sensownych butów. Sensownych w kwestii numeracji. Na same łuski udało mi się wcisnąć dopiero nr 30, a Asik nosi 24-25. Pomijając fakt, że nóżki zakute w łuski potrzebują w butach więcej miejsca niż same łuski, to może dałoby się to przeżyć w przypadku półbutów, ale już jeśli chodzi o sandałki, to szkoda gadać. Nie dość, że z konieczności finansowej przede wszystkim (dopłata do łusek po korzystnym dofinansowaniu przez NFZ to dla nas kilkaset zeta) łuski są dwa numery większe, to jeśli dołożyć do tego sandałki za duże o kolejne dwa, to po prostu płakać się chce. Jak to dziecko wyglądać będzie? A co z chodzeniem? Dramat. Asia miała chodzić lepiej, a chodzi gorzej, przede wszytkim na palcach. Być może musi nauczyć się chodzić w nowym sprzęciku, a może to raczej kwestia tego, że stare łuski umożliwiały Asi zginanie stóp w paluszkach, a te nie i diabli wezmą wypracowany wzorzec chodu? Czas dopiero pokaże. W każdym razie na chwilę obecną nie przedstawia się to ciekawie, bo Myszka o wiele częściej przewraca się, a ja patrząc jak poraz kolejny się po upadku podnosi myślę sobie, że wielka szkoda, że SOL zamiast po prostu dołożyć do swej oferty nowości, całkowicie ją zmienił. Przecież to, co dla jednego jest dobre dla drugiego już takie być nie musi...
Nowe stworzyły dla nas jeszcze jeden problem. Póki co w ogromnym trudem wciskam Asiowe nóżki w wynalezione w odpowiednim momencie i to całkiem przypadkiem trzewiki zakupione (większe rzecz jasna) na zaś przy okazji zakupów do starych łusek. Pani w szkole nie poradzi sobie z tym za żadne skarby świata, więc nie ma mowy o zmianie obuwia. Pozostają wprawdzie półtrampki, ale co z tego, skoro czasem leje, a i noszenie przez tyle godzin nieprzewiewnego obuwia jest niezdrowe...? Szkoda wielka, że Cool Club, w ktorym pokładałam nadzieję, sprawił zawód i zapomniał o dzieciach z wysokim podbiciem. Tym razem nie znalazłam w Smyku ani jednego modelu obuwia o odpowiedniej tęgości, z wszytymi od wewnętrznej strony zameczkami ułatwiającymi wkładanie.
Z uwag dodatkowych, dla wielu całkiem nieistotnych, dodam kulejącą, moim zdaniem oczywiście, estetykę wykończenia. Po pierwsze uważam, że poduszeczka chroniąca goleń przed wrzynaniem się paska jak dla mnie powinna być w tym samym kolorze. Nic nie poradzę na to, że mam lekkiego świra na punkcie doboru barw. Po drugie pasek ów jest za krótki - po zapięciu łusek na nóżkach część rzepa pozostaje odsłonięta. Rzep oczywiście jest biały i wcale ładnie taki wystający spod rózowego paska ładnie nie wygląda, a poza tym z doświadczenia wiem, że po kilkunastu dniach zabawy w piakownicy czy na trawniku zaczyna nabierac nieestetycznego wyglądu - szarzeje, a złapane trawki i inne paprochy są niezwykle trudne do usunięcia.
No dobra, poczepiałam się, teraz zapraszam do obejrzenia tego cuda.




Pozdrówka serdeczne,

czwartek, 26 lutego 2009

Kuleczka na szyi - wizyta u neurochirurga

Pamiętacie? Wspominałam niedawno, że na Asiolkowej szyi pojawił się taki podskórny "groszek", niepokojący o tyle, że umiejscowił się idealnie na linii drenu od zastawki.
Mam za sobą ciężki dzień - wiele godzin spędziłam dziś z szpitalu dziecięcym w Prokocimiu...wróciłam padnięta i wcale nie pocieszona, niestety. Wygląda na to, że mamy w domu "bombę zegarową"...wiele wskazuje na to, że Asieńce wypadł dren z zastawki i w każdej chwili może wzrosnąć jej w główce ciśnienie płynu mózgowo-rdzeniowego, co będzie się równało jednemu - konieczności interwencji chirurgicznej...Ech...
Pocieszam się tylko myślą, że może przestała już być zastawkozależna...Rentgen co prawda robił jakiś konował, za przeproszeniem, bo zdjęcie miało objąć m.in. całą szyję, a nie było na nim widać fragmentu najbardziej interesującego naszego neurochirurga, niemniej jednak lekarz troszkę mnie uspokoił - gdyby był wyciek płynu mózgowo-rdzeniowego, to mimo wszystko byłoby to na zdjęciu widoczne.
Tak więc wiele ta wizyta nie zmieniła. Nadal obserwujemy Myszkę uważnie.

poniedziałek, 16 lutego 2009

Do diabła z tą szkołą

Hejka wszystkim po malutkiej przerwie (znów Image Hosted by ImageShack.us) w dostawie wiadomości. Na wytłumaczenie mam tylko jedno - znów wyszłam naprzeciw potrzebom rodziców takich, jak ja, czyli niezwykłych dzieci. Tak się zarzekałam, że już nigdy, że figa, ale obojętność nie leży w mojej naturze, więc w ostatnich dniach w zapamiętaniu tworzyłam kolejne swoje sieciowe "dziecko". Co z tego wyniknie? Ano zobaczymy. Wiem tylko jedno - tym razem osoby przejawiające brak kultury osobistej i poszanowania dla odmiennego zdania w jakimkolwiek temacie, czy z upodobaniem robiące wycieczki osobiste, zwyczajnie nie będą mogły tam bywać. Nielojalne także. Dziś myślę sobie, że tym razem - jeśli zajdzie konieczność - nie będę miała objekcji przed użyciem takiej jednej magicznej funkcji zapewniającej spokój i miłą atmosferę na forum.

U nas właściwie wszystko w porządku. Właśnie zaczęły się moim małolatom ferie zimowe i to tak znakomicie, że niewiele brakowało, a zasypałoby nas na amen. A wiecie dlaczego małopolskie dzieci mają takie szczęście do śniegu? Bo ich rodzice nie wierzyli w cuda i nie głosowali na PO. Image Hosted by ImageShack.us

Dzieci mają szczęście, ale nie wszystkie. Ja też nie mam. Walentynkowy dzień, który powinien być miły, rozpoczęłam od wysłuchania małżowinowej uwagi n/t moich dziesięciu, zbędnych, kilogramów. Zastanawiam się teraz jak to się ma do wpajanej dzieciom (również przez niego) zasady "Pomyśleć możesz sobie wszystko, ale nie wszystko możesz mówić. Komentarze, które mogłyby kogoś urazić zachowaj zawsze dla siebie". On chyba przeżyć nie może, że ja ze swoim balastem mogę coś zrobić, przeistaczając się dzięki temu w laskę (jak ostatnio mówi o mnie Asiol Image Hosted by ImageShack.us), za którą faceci będą się oglądać (pocieszam się, a jakże), a on ze swoją łysiną nie da rady zrobić nic. No, chyba że perukę sobie kupi. No więc obraziłam się "na śmierć i życie", mimo mężowskiego oburzenia, że za słowa prawdy się wściekam. A może tak zacząć jemu wytykać jego własne niedoskonałości...? Image Hosted by ImageShack.us Muszę to przemyśleć.
Jak wspomniałam, nie mam szczęścia. I moja Asia też nie. Tamtego dnia zajrzałam do jej książki (wszystkie dzieci musiały, podobno, zabrać je na ferie do domu) i fakt ten przypieczętował mój skiepszczony nastrój. Powiem więcej: prawie szlakulec mnie trafił. To ja pozostawałam w przekonaniu, że pani A. dołożyła wszelkich starań, by Myszka w szkole robiła, co do niej należy (w końcu od pamiętnej z nią rozmowy ani raz nie znalazłam w plecaku książki), a tu wygląda na to, że ferii braknie nam na uzupełnianie zaległości!!! A niech to!!!
Małżowin zadowolony z siebie poklepał Asię po ramieniu mówiąc "Damy radę, córka", ale ja doskonale wiem, że to trzecia z prawd z dowcipu o góralu. Już miałam próbkę jego odpowiedzialności i cierpliwości - kiedyś udało mu się nadzorować Asię do połowy jednej linijki jakiejś tam literki, po czym zrobił sobie kawę i zwiał na taras. Ot, taką mam pomoc na codzień i dylemat teraz. Gnębić dziecko w czasie przeznaczonym na odpoczynek i uzupełniać, żeby w tyle za dziećmi nie była za bardzo, czy dać sobie i jej z tym spokój, skoro i tak program edukacyjny dla pierwszaków w nowym roku szkolnym nie przewiduje niczego więcej niż program tegorocznych zerówek? Za drugim rozwiązaniem przemawia pewność, że przynajmniej Mycha nudzić się nie będzie. No, prawie pewność, bo z bezpośredniej z panią A. rozmowy wynika, że nie tylko wcale nie myślała o rezygnacji z funkcji nauczyciela wspomagającego, ale jest też szansa (ryzyko?), że awansuje na nauczyciela głównego w tej klasie. Obecna "Number One" ma patent tylko na zerówki. Ech...
Uff, ale się opisałam. Zamiast dawkować Wam wrażenia, hi hi. Dobra, na dziś dosyć. Trzeba w końcu wyspać się porządnie. Ale obiecuję solennie nadrobić wszystkie zaszłości, czyli i zimę, wraz ze szkodami, jakie nam poczyniła, pokazać, i jakieś wspomnienie z balu karnawałowego umieścić, a i o wyprawie na film w technologii 3D coś naskrobać.
Trzymajcie się cieplutko, Image Hosted by ImageShack.us

czwartek, 15 stycznia 2009

Sprawy szkolne - jestem wyczerpana psychicznie...

Witam Was serdecznie i bardzo dziękuję za komentarze do poprzedniej notki.
Szczególnie Tobie, Agnieszko. Podzieliłaś się ze mną uwagami rodem z pokoju nauczycielskiego, więc wzięłam je sobie do serca. Ale po kolei.
Zanim udałam się na zebranie, całkiem niezamierzenie trafiłam do szkoły na koniec lekcji Asiolkowej klasy. Po prostu moja wizyta u stomatologa przedłużyła się na tyle, że bardziej opłacało mi się zamiast prosto do domu iść do szkoły i zabrać się z kierowca Myszki. I tak chłodna kalkulacja wpędziła mnie w przysłowiową paszczę lwa.
Lew - rozgniewany kierowca Asi, paszcza - nieziemska awantura i pogróżki. Tylko dlatego, że pani nie przyprowadziła dzieci do szatni o godzinie podanej w planie lekcji. Pan jakoś zrozumieć nie może, że owa godzina wskazuje na koniec zajęć i należy dodać do tego minimum kilka minut na dojście do szatni. Zrobił mi nieziemską awanturę wymownie wskazując na zegarek, odgrażając się, że za 5 minut odjeżdża, bo nie ma czasu czekać i dzwoniąc międzyczasie ze skargą do korporacji. Doprowadził mnie do szewskiej pasji do tego stopnia, że w końcu zażądałam kategorycznie, aby przestał mnie w......ć. Pytanie, czy gdyby mnie tu nie było wyżyłby się na innym rodzicu rozjuszyło go jeszcze bardziej. Awanturę, której świadkami było paru innych rodziców, kontynuował z panią, podczas gdy ja ubierałam Asię, zupełnie nie przejmując się tym, że przysłuchują się jej również dzieci.
Odkąd Asieńka jest dowożona do i ze szkoły cały czas czuję zakłopotanie. Taka już jestem, że nawet jeśli coś mi się należy zgodnie z przepisami, to jakoś niezręcznie czuję się korzystając z jakiegos przywileju i czuję się jak jeden wielki kłopot. Mimo, że nikt łaski mi nie robi przecież i nie świadczy usług na moją rzecz za darmo. Dlatego siedziałam cicho, gdy musiałyśmy dwa razy w tygodniu czekać na kierowcę godzinę, nie skarżyłam się nikomu, że żąda, bym wyciągała Asiolka z ostatniej lekcji kwadrans przed jej zakończeniem i atmosfera gęstniała z tego powodu, bo oczywiście żądań nie spełniałam, nie złożyłam skargi w korporacji lub wydziale oświaty, że regularnie pali w samochodzie. Widzę, że to był bardzo poważny błąd, bo facet poczuł się zupełnie bezkarny i na zbyt wiele zaczął sobie pozwalać. A ja nie chcę, aby moje dziecko było katalizatorem nieuzasadnionych awantur, ani tym bardziej świadkiem takowych. Nie chcę także, by gość odreagowywał na mnie swoje własne frustracje.
Po tej historii z wielkim ociąganiem powlokłam się na zebranie. Na szczęście tym razem nie opuściłam szkoły zdenerwowana. Jednocześnie nie mogę powiedzieć, że pełna optymizmu.
Rozmowa przebiegała w spokojnej atmosferze i bardziej przyjaznej, niż ta podczas pamiętnej wigilii klasowej, tyle że wiele z niej nie wynikło. W każdym razie w tym miejscu muszę podziękować serdecznie Agnieszce za wazeliniasrką radę, co oczywiście niniejszym czynię.
Lizusostwem brzydzę się jak nie wiem co, ale dla dobra swoich dzieci jestem w gotowości uczynić wszystko. Połechtałam zatem panine ego na tyle skutecznie, że nieco ożywiona powiedziała "No to rzeczywiście muszę mocno zastanowić się i wymyślić jakies nowe sposoby na Asię".
Czas pokaże, co z tego wyniknie. Nie ekscytuję się, ponieważ podczas rozmowy trwającej niemal do 22-giej zyskałam sporo danych po temu, by raczej sceptycznie do sprawy podejść.
Otóż okazało się, że nauczycielka wspomagająca podjęła sie tego zadania poraz pierwszy i tak, jak ja spekulowałam, a Agnieszka F. była pewna, pani byłaby najszczęśliwsza, gdyby już dziś została zwolniona z tego stanowiska. Ma serdecznie dość na tyle, że istotnie nie jest zainteresowana rozwojem własnej kreatywności. Jestem przekonana, że karmi się wizją zakończenia roku szkolnego i jest jej wszystko jedno, co do tego czasu będzie się działo. Tyle wniosków z rozmowy z panią głównodowodzącą w klasie. I komentarz - ma kobieta pecha. Pierwszy raz podjęła się być pomocnikiem dzieci niepełnosprawnych i od razu trafił sie jej taki trudny uczeń.
Z tego wszystkiego jasno wynika, że od września Asia będzie miała nowego nauczyciela wspomagającego, niezaleznie od tego, czy przejdzie do pierwszej klasy czy nie. Tak tak, dobrze czytacie.
Pani Number One powiedziała mi wprost, że możliwość powtarzania zerówki jest bardzo realna, a w sumie zabrzmiało to jak pewna informacja.
Wymiękam, mam dość i czuję się, jakbym była jednym z tych rodziców co to idealizują swoje dzieci i prawdy nie przyjmują.
Może i Asia jest jeszcze dziecinna, ale do diaska jest przecież dzieckiem. Może i jest bardziej dziecinna od swoich rówieśników, ale to nic dziwnego, bo dużo później zaczęła poznawać świat z takiej jak oni perspektywy. Może i wolniej pracuje, ale ma do tego pełne prawo dane przez wodogłowie. Zresztą czy wśród zupełnie zdrowych dzieci nie ma takich, którym potrzeba więcej czasu na to czy tamto niż pozostałym?
Asiolek coraz ładniej czyta, z matmą radzi sobie bardzo dobrze, ładnie rysuję, starannie koloruje i kulfoniki urocze stawia. To mało? Poza tym do końca roku daleko jeszcze...czas na decydowanie o przyszłości...
I tak sobie myślę, że będę trwać w uporze, nawet jeśli badanie psychologiczne (zostałam zobligowana do zaklepania terminu na marzec-kwiecień) wykaże, że Asia nie osiagnęła jeszcze odpowiedniej dojrzałości szkolnej. Na dzień dzisiejszy bowiem pozostaję w przekonaniu, że wszystko, cokolwiek by to być miało, będzie lepsze niż kolejny rok z panią głównodowodzącą zerówce integracyjnej. Szkoły zaś zmienić nie możemy, bo dowóz przysługuje tylko do najbliższej miejscu zamieszkania placówki. Powiecie, że możemy podobnie trafić. Pewnie, ale to niewiadoma, a ona zawsze chyba lepsza od pewności, której nie chcemy, a przetasowanie personalne tak czy siak jest nieuniknione. Czy teraz czy za rok, ale daje szansę na pozytywne zmiany.
Na koniec, jako ciekawostkę dodam, że z pełenj rozgoryczenia opowieści pani o wychowawczyni jej syna wyłonił się obraz jej samej...I tak zastanawiam się jak to jest, że człowiek bez mrugnięcia okiem robi dokładnie to samo, o co do innych ma żal...Naprawdę nie mogę tego pojąć...

wtorek, 13 stycznia 2009

Problemy szkolne c.d.

"Proszę pani, Asia zupełnie nie chce pracować na lekcji. Nawet ołówka nie chce wziąść (pisownia oryginalna) do ręki".
Taką oto uwagę znalazłam kilka dni temu w dzienniczku mojej córki. W przypływie rozbawienia inafantylną skargą odpisałam naprędce (przyznam, że wyjątkowo zajrzałam do zeszyciku korespondencji dopiero tuż przed wyjściem Myszki do szkoły) "A jakie sposoby Pani już wypróbowała, by Asię do pracy zmotywować i zachęcić? Bo nie wiem, co pani poradzić".
Temat przysechł - odpowiedzi na moje pytanie nie doszukałam się, nie wiem nawet zatem, czy pani do dzienniczka od tamtej pory zaglądała. I przysechłby bardziej, gdyby nie fakt, że wczoraj Asia znów przywlokła ze szkoły swój podręcznik-ćwiczenia, w którym odkryłam 20 (słownie: dwadzieścia) nietkniętych stron. Zaznaczonych krzyżykami, oznaczającymi oczywiście jedno: to wszystko mam zrobić z Asią ja.
Nie, żebym się czepiała, broń Panie Boże, choć umowa z panią była taka, że książkę Asia będzie nosiła do domu każdego dnia po to właśnie, żeby tego rodzaju spiętrzeń, zniechęcających dziecię do wysiłku, uniknąć. Ja tylko zastanawiam się, czy moim obowiązkiem jest wyręczanie pani, która onegdaj świadomie zdecydowała się osobiście sprawdzić, co oznacza powiedzenie "obyś cudze dzieci uczył" i jak dotąd ani nie przekwalifikowała się, ani miejsca pracy nie zmieniła.
Nauczycielem nie jestem, od kuchni zawodu więc nie znam, ale jakoś pewność niezachwianą mam, że jego powinnością jest uczyć. Uczyć bez względu na uposażenie i rozwiązywać pojawiające się z dziećmi problemy, bowiem takie obowiązki na siebie przyjął. Rodzice zaś, IMHO, są do pomocy a nie odwalania całej roboty za nich.
W przedszkolu sytuacja była identyczna, ale to nie był jeszcze obowiązek szkolny, więc jakoś przełknęłam niepotrzebnie wydane na podręczniki kilkadziesiąt złotych. I właściwie nie dyskutowałam z wychowawczynią o tym, że nie realizuje z moim dzieckiem obligatoryjnego (wytyczonego przez oświatę) programu nauczania. Dziś jednak sytuacja przedstawia się zupełnie odmiennie.
Poza obowiązkiem przygotowania zerówkowicza do podjęcia nauki w klasie pierwszej w przypadku Asiolka jest jeszcze kwestia pieniędzy. Za każdym bez wyjątku uczniem idą z gminy określone wypłacane co miesiąc, fundusze. Wcale niemałe, dlatego szkoły "biją się" o dzieciaki. Za moją Asią, z uwagi na niepełnosprawność, idzie dodatkowo prawie tysiąc złotych miesięcznie, koniecznych na zapewnienie jej właściwej opieki podczas pobytu w szkole i odpowiedniej do aktualnych potrzeb pomocy w nauce, zgodnie z postanowieniami komisji, która wydawała orzeczenie o potrzebie tzw. kształcenia specjalnego.
Przy min. trojgu dzieci z orzeczeniami o niepełnosprawności (max. może tych dzieci być pięcioro)w ramach tych pieniędzy zostaje uruchomiona w szkole klasa integracyjna z wychowawcą/nauczycielem głównym, i nauczycielem wspomagającym.
W klasie Asi jest więc nauczycieli dwóch, dzieci z dysfunkcjami troje (w tym jedno z naciąganym orzeczeniem). Nie wiem, jak pozostała dwójka, ale Myszka ma przyznane godziny rewalidacyjne (płatne dodatkowo), przeznaczone na wyrównywanie stwierdzonych braków i regularne uzupełnianie tego, z czym na lekcjach nie zdąży. Jak to się zatem ma do trwającej od samego początku sytuacji?
Zupełnie nie wiem, co robić. Jutro jest zebranie i aż korci mnie podsunięcie pani pomysłu na rezygnację z pracy w klasie integracyjnej, skoro sobie nie radzi. A może podnieść kwestię jednego z dzieci, które zdaniem wszystkich rodziców nie powinno znaleźć się w tej klasie ani w ogóle w tej szkole...Dziecko poza tym, że wyraźnie jest poniżej normy intelektualnej, ma również ostry stan ADHD i zwyczajnie zagraża bezpieczeństwu nie tylko klasowych kolegów i koleżanek. Czuwanie nad bezpieczeństwem jego samego wyciska pot na czole pani, co nietrudno było zauważyć podczas wspólnych klasowych wyjść. Niewykluczone, że w tym właśnie tkwi powód braku czasu dla Asi i przerzucanie na mnie obowiązku realizacji programu zerówki?
Nie jest tak, jak być powinno. Jestem przekonana, że należy zmienić tę niezdrową sytuację, nie wiem tylko, jak ugryźć problem. Sprawa dość delikatna, łatwo w jej rozwiązywaniu kogoś dotknąć i mu się narazić.
A może zaproponować układ? na moje konto trafią wszyskie pieniądze przekazywane szkole na Asię i wówczas to ja z pełną odpowiedzialnością (i bez poczucia niesprawiedliości, że ja haruję, a ktoś inny wynagrodzenie bierze i jest za wyniki chwalony) będę realizowała obowiązek przygotowania jej do klasy pierwszej? To sarkazm, rzecz jasna. Niemniej jednak doświadczenie w tej kwestii mam jak by nie było - ze swoim synem (ADHD) zrealizowałam program nauczania począwszy od zerówki, na trzeciej klasie skończywszy. Panie z Witkiem i jego nadpobudliwością psychoruchową nie radziły sobie, a ja chyba nieźle wywiązałam się ze swojego zadania, skoro chłopak nie tylko bez problemu podstawówkę skończył, ale i na studia się dostał.
Poradźcie, proszę, co zrobić...

piątek, 19 grudnia 2008

Narzekaczek. A może Czepiaczek? Hmmm...

Asia od paru dni sprawia wrażenie, jakby miała rozchorować się na dobre. Pokasłuje, trochę noskiem pociąga i marudna jest, i drażliwa wyjątkowo. Lekcji dziś właściwie nie ma. Dzieciaki w pełnej gali wezmą tylko udział w akademii i już od 11-tej będą mogły cieszyć się feriami świąteczno-noworocznymi. A że pogoda wyjątkowo paskudna zadecydowałam o pozostawieniu Asi w domu.

Rzadko narzekam. Zwykle staram się we wszystkim dostrzec pozytywy, a nawet jeśli to trudne, to raczej tłamszę to w sobie. Jednak czasem, gdy szczypt goryczy uzbiera się ponad miarę wytrzymałości pojawia się pan Narzekaczek. Niekiedy udaje mi się odesłać go z przysłowiowym kwitkiem, dziś jednak uparł się wyjątkowo i nieopatrznie wpuszczony za próg nie daje się za drzwi wyprosić.
Tak, tak. Ciągle jestem pod wrażeniem klasowej wigilii, podczas której nie powinno było nic zazgrzytać, a jednak uroczysta atmosfera została zakłócona.
Nie byłam jedyną mamą, do której po występie dzieci przysiadła się jedna z wychowawczyń. I nie tylko ta moja z panią rozmowa, co wywnioskowałam z wyrazu twarzy pozostałych mam, miała mało przyjazny przebieg, choć pewną ugodą się zakończyła.
Nigdy nie ukrywałam, że Asia ma wolne tempo pracy, że bez zagrzewania do walki niezbyt chętnie robi w czasie lekcji wszystko to, co pozostałe dzieci i że nawet stałe współuczestnictwo nauczyciela wspomagającego nie zawsze gwarantuje, że polecenie zostanie wykonane. Znam dobrze swoje dziecko. Jestem w pełni świadoma Asiolkowych możliwości, ale i potrzeb także, i nie przypominam sobie, bym ze zdziwieniem czy wręcz oburzeniem przyjmowała od pani sygnały o takiej właśnie sytuacji. Zawsze byłam i nadal jestem otwarta na współpracę "ze szkołą". Na ile starcza mi matczynej intuicji, pomysłów i zaczerpniętych od innych rodziców rad staram się doprowadzić do zmiany na lepsze tej mało komfortowej sytuacji.
I tak zastanawiam się, czy pani tego nie dostrzega, czy naturę już ma taką, że nie zważając na nic musi rodzicowi dołożyć, nigdy zresztą nie zadając sobie trudu, by dla równowagi podkreślić, że dziecko dajmy na to bardzo ładnie rysuje, jest staranne, koleżeńskie itp. itd. Można odnieść wrażenie, że w oczach pani każde dziecko z założenia jest złe.
Ech...Mój prywatny Narzekaczek nie dorasta tamtemu do pięt, ale butny i mało grzeczny się podczas tej wigilii zrobił.
Kilka tygodni wcześniej cały weekend poświęciłam na to, by uzupełnić z Asią 11 stron ćwiczeń, motywując ją do pracy m.in. perspektywą pochwały, jaką otrzyma w poniedziałek od pani. Byłam tak bardzo tego pewna, że przez myśl mi nawet nie przeszło, że pani nawet nie będzie uprzejma tych ćwiczeń obejrzeć, tylko zgasi Myszkę ostrym "A dlaczego dinozaur nie jest pokolorowany?!". Pan Narzekaczek pierwotnie postanowił przemilczeć to nie podobające mu się nic a nic zdarzenie, ale tym razem nie opanował się i wygarnął pani na jej dictum cokolwiek nie na miejscu zważywszy na okazję spotkania, co o tym myśli.
Nie powiem, bym nie poczuła się zażenowana. Cóż, tak naprawdę nie lubię wprawiać nikogo w zakłopotanie czy zawstydzenie, ale stało się w sumie dobrze. Przynajmniej dowiedziałam się, że pani zazwyczaj nie sprawdza tego, co dzieciom zadaje do domu, a poza tym nie wszystko, co zadaje jest istotne. Skoro zatem nie wszystko, co krzyżykiem w książce ćwiczeń pani do odrobienia w domu zaznacza odrobione być musi, to wymogłam na pani, by Asi zaznaczała na czerwono te ćwiczenia, których wykonanie jest absolutnie niezbędne. Jak by nie było, to zerówka dopiero i nie zamierzam dłużej "katować" Mysi nauką w czasie przeznaczonym na odpoczynek, który i tak dziecięco beztroski dla niej nie jest z uwagi na żmudną rehabilitację. Za nic w świecie nie chciałabym, aby moja córcia straciła to swoje "lubienie chodzenia do szkoły". Trzeba będzie zatem jeszcze rozwiązać problem paninego pokrzykiwania na dzieciaki.
Na koniec dodam jeszcze wiadomość z ostatniej chwili: następnego dnia po klasowej wigilii pani rozebrała choinkę. Za karę, bo dzieci były niegrzeczne. Od komentarza powstrzymam się, bo co prawda dzień bez przekleństw był przedwczoraj, ale resztki przyzwoitości nie pozwalają mi użyć niecenzuralnych słów.
Amen.
Pozdrawiam Was cieplutko i życzę serdecznie udanego weekendu.