sobota, 16 czerwca 2012

Jestem urzędnikiem państwowym!

"Jestem urzędnikiem państwowym! "- wykrzyczała pielęgniarka bezpardonowo wkraczając do sali, mimo że poprosiłam ją, aby poczekała chwilkę na korytarzu aż skończymy cewnikowanie. "I mam prawo tu wchodzić, kiedy chcę, bo ja obsługuję pacjentów!" Na moją uwagę, że moje dziecko akurat absorbuje ją tyle tylko, że musi leki (moje własne zresztą) o określonych porach podać usłyszałam, że jestem...bezczelna. Jestem również chamska, bo śmiałam podkreślić, że łamie prawo pacjentki do intymności i poszanowania godności osobistej, a ona przecież nie jest...osobą obcą. Szkoda tylko, że nie do zaakceptowania przez nią jest sytuacja odwrotna - to ona leży z gołą pupą, a na to wchodzi...inny urzędnik państwowy! "Jest pani wredna" - skwitowała moją wizję.

Taki oto sobotni poranek miałam. Dawno nie czułam się tak bardzo poirytowana.

Oddział rehabilitacyjny jest, więc i wózkersi przebywają na nim, i dzieci ledwo chodzące, i takie, które tylko leżą, a dostosowań do ich potrzeb żadnych. Na samą myśl o wieczornym prysznicu Joasi dostaję gęsiej skórki - co prawda dość czysto jest, ale m.in. kabina z wąskim wejściem bardzo utrudnia zadanie. O miejscu, w którym mogłybyśmy spokojnie, bez wścibskich oczu cewnikowanie zrobić można tylko pomarzyć.

Tylko nieliczni mali pacjenci wymagają troski ze strony średniego personelu medycznego. O większość z nich dbają ich rodzice, wykonując przy nich wszystkie czynności nie wymagające udziału pielęgniarki - mycie, ubieranie, karmienie itp. itd., oczywistym więc faktem jest, że bardzo je odciążają.

Nie oczekuję wdzięczności za to, że pielęgniarka z pracy wyjdzie mniej zmęczona, bo np. nie musiała dźwigać mojego dziecka nadwerężając przy tym swój kręgosłup. Ale zdecydowanie oczekuję nieutrudniania mi wykonywania niezbędnych czynności, a nade wszystko respektowania prawa mojego dziecka do intymności. To nie jest niemowlak, któremu wszystko jedno, tylko dorastająca 10-letnia panienka, do diaska!

W zw. z zaistniałą sytuacją zamierzam złożyć skargę na tę panią.

A w ogóle to zastanawiam się, czy nie wymiksować się z tego turnusu. Na dzień dobry, we wtorek, podczas elektrostymulacji zostały poparzone palce Joasi u stóp. Diabli mnie biorą, bo ostatnie rany na nogach miała rok temu, po operacji, więc to nie kwestia spoconych nóg i ortez, jak usiłują mi panie rehabilitantki wmówić. Muszę swój pomysł z Jurkiem przedyskutować, bo wyjazd na wakacje za trzy tygodnie i aż strach pomyśleć, co jeszcze w tym szpitalu może się wydarzyć. Wystarczy, że na ok. 2 tygodnie Joasia ma chodzenie z głowy, bo tyle mniej więcej - zakładając optymistyczny scenariusz - goją się jej rany.

Dodam jeszcze, że rehabilitantki o rozszczepie kręgosłupa - moim zdaniem - tylko słyszały. Nic więcej.
Ech...

Pozdrawiam serdecznie,
Marta.

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Na każdym oddziale tak jest -mało osób kompetentnych nadających się na swoje stanowisko pracy.Ja najgorzej wspominam neurochirurgię moje dziecko(jak wiele innych też) zostawało z butelką pełną mleka ,wytrzymałam pół roku obserwując to jakże dziwne zjawisko i dziś żałuję że nie zgłosiłam tego do prokuratury...

KajaS pisze...

O ja pinkolę... widzisz Marta... to Twoja wina, że Asiol ma poparzoną nóżkę, bo nogi spocone :))) Dobre!
Głupie baby, uwielbiam po prostu szpitalne oddziały reh.
Pozdrawiam :)

Anonimowy pisze...

Zabieraj młodą do domu!
Dorota

Anonimowy pisze...

Więcej szkody niz pozytku....

Alicja pisze...

Toż to siook :)
I jak sprawy się mają?
całus dla panienki...

baska pisze...

Mam nadzieję, że złożyłaś skargę na tę pielęgniarkę?!
U nas na tego typu oddziale personel pielęgniarski to zrzuty z innych oddziałów..Sodoma i Gomora - co jedna to lepsza od lekarza.

Ale ja już się nauczyłam i stosuję Twoją metodę - nie przytakiwać główką a domagać się swoich praw.

Mam nadzieję, że nóżki się pogoiły i spokojnie pojechaliście na wakacje.

Pozdrawiam
Ola