niedziela, 28 sierpnia 2011

To już 9 lat...


Niech wszyscy widzą Twój uśmiech
promienny jak słońce poranka,
w oczach łagodność i spokój
kojący jak kołysanka.

Z głosu Twego niech płynie:
radość, ciepło, nadzieja;
nawet wtedy gdy wokół:
słota, zimno, zawieja.


Serce Twoje niech bije:
mocno, przyjaźnie, życzliwie:
by rozum oprócz rozsądku
odróżniał co sprawiedliwie.

Jeśli coś robisz dla siebie,
patrz, czy to innym nie szkodzi,
czyn Twój niech będzie chwalebny,
murów podziału nie grodzi.

Uczyń coś czasem dla innych,
nie licząc, czy się opłaci,
bo trud Twój innym oddany,
o dobro Ciebie wzbogaci.

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Joasiu.

czwartek, 28 lipca 2011

Wydarzenia czerwcowo-lipcowe

Od dawna żyję szybko, ale od operacji Asi pod koniec maja chyba zdecydowanie za szybko. W natłoku spraw do pozałatwiania, osobiście w ciągu dnia lub za pośrednictwem internetu wieczorami i nocami, trudno mi było znaleźć choć odrobinę czasu na napisanie na blogu choć kilku słów. Do tego jeszcze dwutygodniowa nieobecność w domu międzyczasie...na szczęście miła, bo wypoczynkowa.
Dziś przypada nasza, tj. Asikowych rodziców, rocznica ślubu. Odświętny charakter dnia podkreśliły życzenia...od teściowej, ktora nie mogła mnie w domu zastać, więc przekazane mi podczas obiadu przez tego, co 27 lat temu mi ślubował. Nie przeszkadza mi to jednak w spędzeniu wieczoru nieco inaczej niż przez ostatnie tygodnie (co najwyżej do myślenia daje). Znowu przed kompem. ale po prostu miło, robiąc to, co lubię. Na bok tzw. ważne sprawy. Dziś mam je gdzieś. Notkę piszę.Wreszcie.
Asia radzi sobie z chodzeniem coraz lepiej, tylko pokonywanie schodów idzie jej jakoś nieporadnie jeszcze. Pewnie jeszcze wiele tygodni, albo nawet miesięcy upłynie zanim powróci do formy sprzed zabiegu odkotwiczania rdzenia kręgowego.
W ramach tego powrotu, dzięki doc. Kaweckiemu, jeżdżę z Joasią 3 razy w tygodniu na rehabilitację do Prokocimia. Na razie Myszka dostała basen (fatalnie dla nas, że w szatni brak intymności) i masaż nóg, w zawrotnej ilości 10 zabiegów, ale jutro mamy wizytę u lekarki rehabilitacji i zdaje się dojdzie nam jeszcze zapowiadana na poprzedniej wizycie nauka chodu na profesjonalnym sprzęcie. A od najbliższego poniedziałku zaczynamy, także 3 razy w tygodniu, hipoterapię. Ku wielkiej radości mojego dziecka. Nie wiem zupełnie jak dam radę pogodzić tę wędrówkę z jednego końca miasta na drugi z trwającymi pełną w sumie parą przygotowaniami do przeprowadzki. I jeszcze z porannym odstawianiem Asi do IKARA, na zajęcia prowadzone przez jej wychowawczynię oraz p. Beatkę, z którą od września w szkole już się spotykać niestety nie będziemy...
Po powrocie z Międzywodzia, gdzie spędziliśmy na turnusie pierwszą połowę lipca, rozpoczął się też czas profilaktycznych badań Asi i jej Matki. Matce zdrowie nie szwankuje, a co do Asi, to pierwsza info spłynie 17 sierpnia, gdy neurochirurg oceni tomografię komputerową głowy. Wreszcie dowiem się, czy w istocie moje dziecko przestało być zastawkozależne, a przy okazji czy do tego Disneylandu, na który czeka niecierpliwie, lecieć może.
Co jeszcze dobrego? Lewe kolano oczywiście. Jak w sam raz dzisiaj przyjrzałam się dokładnie Asi w siadzie płaskim i stwierdziłam, że blaszki działają jak oczekiwaliśmy. Przed ich wszczepieniem w kolanie był tak mocny przykurcz, że Joasia nie była w stanie usiąść w taki sposób, bo momentalnie przewracała się, kolano bardzo wystawało ponad prawe i była spora różnica (ok. 4-5 cm) w funkcjonalnej długości nóg. Teraz Młoda siedzi wyprostowana, a kolano z przykurczem powoli zaczyna licować z tym zdrowym, co bardzo bardzo mnie cieszy. No i już prawie wyrównała się długość kończyn.
Martwią mnie natomiast sprawy urologiczne Asi. Póki co nie zanosi się na to, by stan sprzed zabiegu chciał w najbliższym czasie powrócić, zaś badania dopiero jesienią. Najwyraźniej potrzebne mi są nowe pokłady cierpliwości, bo bez niej wiara w poprawę stanu rzeczy zaczyna się ulatniać...
Pozdro.
Marta.

czwartek, 9 czerwca 2011

Co za ulga, czyli meldunek po wizycie u neurochirurga

Jutro miną dwa tygodnie od operacji, czas na notatki.

Rehabilitant mógł umówić się z nami wyłącznie ok. 14-tej, co totalnie rozłożyło nasze plany na tamtą sobotę. Paradę Smoków musieliśmy sobie odpuścić, a pan J. i tak nie przyjechał, uprzedzając nas o tym niemal w ostatniej chwili. Na spotkanie z nim czekamy do niedzieli.

W poniedziałek Asia wróciła do szkoły po dwutygodniowej nieobecności. Najwyraźniej "urlop" nie posłużył jej, bo o ile sam pobyt w szkole jest OK, to już odrabianie lekcji idzie jak po grudzie. "Nie zrobię tego i już", słyszę często. I bądź tu, człowieku, mądry...Nie mam już sił do wymyślania kolejnych sposobów nakłonienia małej dorastającej jędzuni do wywiązywania się z podstawowego obowiązku. Dobrze choć, że w szkole problemy ulotniły się gdzieś i w sekretnym zeszyciku coraz częściej, a właściwie od jakiegoś czasu każdego dnia odnajduję pochwały za pracę na lekcjach. Wiem, że zawdzięczamy to naszej kochanej Pani Beatce i tym bardziej żal ogarnia, że Jej miejsce od trzeciej klasy zajmie ktoś inny.

Dziś definitywnie zakończyła się "przygoda" z operacją odkotwiczenia rdzenia kręgowego. Od strony lekarskiej. Szwy zostały wyciągnięte, a Myszka dostała od Pana Doktora przykaz "Laska, kąpać się". He he he. Wreszcie pozwolenie na normalną wieczorną toaletę.
Matka też otrzymała zadanie do wykonania i musi jutro jechać do Prokocimia po skierowanie na TK głowy (więc i termin badania od razu ustalić) i na rehabilitację. Szok! Ale i potrzeba poważna, bo Asia cofnęła się do balkonika, niestety. Jednak z gabinetu pana docenta wyszłam uspokojona - po kilku-kilkanastu tygodniach porządnej intensywnej rehabilitacji wszystko ma wrócić do normy. Z siusianiem także.
Na dzień dzisiejszy i ta sfera szwankuje. I to tak bardzo, że mimo cewnikowania i przyjmowania Driptanu zużywamy kilka pampków dziennie, a nie jak dotąd jednego czy dwóch. Pociechą są nie tylko zapewnienia doc.Kaweckiego, że to się unormuje a nawet powinno pojawić się w TYCH okolicach czucie i Asik zacznie sygnalizować potrzebę skorzystania z "dablju si". Pociechą jest także to, że Asia zaczęła uświadamiać sobie fakt rozpoczęcia akcji "kibelkowej", co nigdy dotąd nie zdarzyło się. Co prawda te odczucia są słabiutkie, jak mówi sama zainteresowana, ale są. Może więc rzeczywiście w miarę ustępowania poooperacyjnego obrzęku sfera wypróżniania nabierze fizjologicznego charakteru? Kto wie?

Pozdrawiam serdecznie,
Marta.

czwartek, 2 czerwca 2011

Martwię się...

W jednym z komentarzy do poprzedniej notki Dorotka napisała, że Asia ślicznie chodzi. A ja...już nie jestem taka pewna (jak pisałam wczoraj), że powrót do formy sprzed operacji jest tylko kwestią czasu i jestem mocno zaniepokojona. Bo kiepsko, bardzo kiepsko Asi to chodzenie wychodzi i w moim odczuciu nie ma związku z ogólnym osłabieniem organizmu po zabiegu.
Myszka stawia te swoje nieporadne kroczki na palcach, bo jak wyznała mi przed snem pozwala jej to zachować równowagę, którą traci próbując kroczyć na podeszwach (uginają się jej wówczas kolanka).
Naprawdę nie wiem, co o tym myśleć...Doc. Kawecki nie uprzedzał nas, że tak może się dziać, tylko kazał Asiolkowi chodzić, chodzić i raz jeszcze chodzić. Czyżby miał na myśli właśnie ten problem, do wykluczenia z czasem poprzez regularne trenowanie chodu? A ja zbyt mało cierpliwości mam? Nie wiem...ale smutek ogromny mnie ogarnia, gdy patrzę na Asię, która przed operacją dosłownie biegała z kulami, a teraz nie potrafi przejść stabilnie nawet dwóch metrów...Najgorsze jest to, że wizytę u docenta mamy dopiero 9 czerwca i że nie znam żadnego rodzica, którego chodzące dziecko również miało odkotwiczany rdzeń i ew. mógłby mnie uspokoić...
Nasz rehabilitant, w którym pokładałam nadzieję, rozczarował mnie nieco...Wpadnie do nas w sobotę, ale czy pomoże, skoro - jak się dowiedziałam dzisiaj - nie ma żadnych doświadczeń z dziećmi po odkotwiczaniu?

Znów sił mi zaczyna brakować...

środa, 1 czerwca 2011

Powoli stajemy na nogi

Kolejne dwa dni w domu za nami. Ćwiczenia z Asią przynoszą efekty - dosłownie z godziny na godzinę jest lepiej. Moje dziecię potrafi już samodzielnie przekręcić się przez brzuszek z jednego boku na drugi (w końcu wyśpię się uczciwie w małżeńskim łożu, zamiast fatalnie na podłodze przy łóżku Asi), wsiąść na wózek, a dzisiaj zdecydowała się nawet na próbę chodzenia, ale niestety kiepsko jej to szło. Dwa chwiejne kroki, nic więcej. Ale i tak cieszę się ogromnie,ponieważ oznacza to, że powrót do formy sprzed operacji jest tylko kwestią czasu, być może niedługiego nawet. W każdym razie na Paradę Smoków twardo się wybieramy.
Myszka jest w nienajgorszej kondycji i dobrym nastroju. Teoretycznie mogłaby zatem już do szkoły zasuwać, ale mam pewne obawy przed puszczeniem jej między rozbiegane i czasem nieuważne dzieci, więc do końca tygodnia ma labę. No, nie do końca, bo "indywidualne nauczanie" matka regularnie od wczoraj prowadzi, coby się córka nie wałkoniła i zaległości nie miała.



Niedziela - druga doba od zabiegu
Pzdr.,
Marta.