Gdy człowiek (czyt. ja)jest bardzo, ale to bardzo zmęczony, to jakoś sen nie bardzo chce przyjść. Wtedy zamiast przewracać się z boku na bok ze zniecierpliwieniem oczekując na spóźnialskiego Morfeusza zdecydowanie lepiej zajać się czymś konkretnym. No więc zajęłam się, a jakże, bo bezczynności zwyczajnie nie znoszę. I oto prezentuję Wam trzy portrety Asiolka. Są one efektem mojego wyjątkowego uporu w ratowaniu fotek, które okazały się wyjątkowo schrzanione, za to ujęcia małego rozczochrańca bardzo fajne. I chyba udało mi się.;)
Dawno nie odczuwałam takiej radochy jak dziś. He he. W końcu, po tygodniowych męczeńskich próbach udało mi się przesłać na serwer ważny filmik. Taki, na którym zależało mi najbardziej. Wszytkie wchodziły jak masełko, ten akurat nie chciał za nic w świecie. Udało się dopiero po przekonwertowaniu i zmniejszeniu wagi pliku. Tytułowe spełnione marzenie nie dotyczy oczywiście mojego sukcesu, a Asiolka. Zresztą zobaczcie sami:
Na tę chwilę Asia czekała ponad rok. I aż nad morze musiała w tym celu pojechać.
Meteorolodzy przestrzegali urlopowiczów przed lipcową pogodą i namawiali na wyjazdy wakacyjne w sierpniu. My nie ugięliśmy się, terminu nie zmieniliśmy i choć pogoda taka trochę w kratkę była wcale nie żałujemy. Nam ta aura całkiem pasowała. Przynajmniej nie chodziliśmy wykończeni ciągłymi upałami, a i na plaży bywaliśmy niemal codziennie. Na nudę w nielicznych w sumie chwilach deszczowych także nie narzekaliśmy. Ostatecznie to nie śliczna słoneczna pogoda stanowi o udanym wypoczynku. W dobrym towarzystwie nie jest nudno nawet wówczas, gdy siąpi.
Więcej zdjęć umieściłam w Asiolkowej galerii. Zapraszam serdecznie do oglądania.
Po powrocie znad morza ładną pogodę mieliśmy tylko przez dwa dni. Od poniedziałku leje niemal bez przerwy. Jest buro i ponuro, więc siły witalne ulotniły się. Nawet na pisanie jakoś chęci mi brak. Mimo to spróbuję coś wypocić, bo pamięć jest ulotna. Wczoraj zmobilizowałam się i zadzwoniłam wreszcie do szkoły, by dowiedzieć się, jak przedstawia się sytuacja - oczekiwane pismo z wydziału edukacji w sprawie skierowania Asi nie nadeszło bowiem na nasz adres, ale mogła być to wina poczty. Konkretnie zaś doręczyciela, który niezbyt regularnie pojawia się w naszym rejonie. Niestety nie mam pomyślnych wieści. Do szkoły skierowanie także nie dotarło, zatem mam związane ręce w kwestii dalszych działań. Nie mogę wypisać Asi z przedszkola i złożyć podania do dyrekcji o zwrot wpisowego (lista rezerwowa jest dośc długa, więc postanowiłam spróbować je odzyskać). Tym bardziej, że w szkole zostałam wprowadzona w błąd. Byłam przekonana, że Asia jest trzecim dzieckiem z niepełnosprawnością przyjmowanym do zerówki, a okazało się, że drugim. Ma to znaczenie o tyle, że zgodnie z przepisami klasa integracyjna może zostać uruchomiona przy min. trojgu niepełnosprawnych. Wakacje są właściwie na półmetku, a pewności, że przez ten miesiąc pozostały do rozpoczęcia nowego roku szkolnego jakiś kolejny rodzic zapisze swoje dziecko z orzeczeniem o niepełnosprawności brak. Pani dyrektor jest na urlopie i podobno nawet nie wiadomo, kiedy z niego wróci. A tak intryguje mnie odpowiedź na pytanie, czy mimo to klasa ma szansę na zaistnienie. W końcu tyle różnych przepisów obchodzi się w naszym państwie... Otrzymałam - ustne wprawdzie, ale jednak - zapewnienie, że śmiało mogę wypisać Myszkę z przedszkola, ale chyba dobrze, że się z tym wstrzymałam. Niedobrze, że tak szybko zaczęłam cieszyć się wizją ułatwień w odstawianiu Asiolka na obowiązkową naukę. Ech...
Witam Was, kochani, serdecznie. Mam nadzieję, że wybaczycie mi zniknięcie bez pożegnania...a nasz powrót ucieszy Was jak mało co. Zanim przejdę do relacji z pobytu nad morzem koniecznie muszę napisać słów kilka o tym, co wydarzyło się przed naszym wyjazdem. Asieńka od września będzie zerówkowiczem. Wg poczynionych już dość dawno planów miała nadal chodzić do przedszkola - już w lutym zapisałam ją na nowy rok szkolny z bólem serca wpłacając wpisowe w wys. 150 zeta. Jednak kilka dni przed podróżą na Pomorze odwiedziła nas moja dawna koleżanka z liceum ucząca z pobliskiej podstawówce (funkcjonują w niej klasy integracyjne) bardzo zdziwiona, że nie znalazła Asiolka na liście nowoprzyjętych dzieci. Finał naszej rozmowy - Myszka jest już prawie uczennicą szkoły podstawowej. Szkoły posiadającej tytuł "Szkoły z klasą", do której nb chodziły moje starsze córki. Piszę "prawie", bowiem w wydziale edukacji trwa dopełnianie formalności, co oznacza, że czekamy na wydanie skierowania dla Asiolka do tejże placówki z racji tego, że nie jest ona naszą rejonową, mimo że jest położona najbliżej naszego miejsca zamieszkania. Oczywiście miałam wątpliwości, czy aż dwie tak duże zmiany w życiu mojej córeczki są dobre, jednak rozwiała je sama Asia, której bardzo spodobała się ogromna jasna i pełna zabawek sala lekcyjna, a także pewność, że już nie będziemy musieli martwić się o przyjęcie jej do pierwszej klasy w tejże szkole. Cóż, za rok mogłoby okazać się, że z rejonu zgłosi się pięcioro dzieci niepełnosprawnych, a wówczas Asia zostałaby skierowana do innej odpowiedniej dla niej szkoły, nawet na drugim końcu miasta. Ja zaś nie chciałabym wyrywać Mysi z zaprzyjaźnionego już środowiska. Jakby nie było to w tej szkole spotka się z większością dzieci ze swojego przedszkola. Nie bez znaczenia jest również łatwe dotarcie do zeszytów potrzebnych do uzupełnienia zaległości na wypadek dajmy na to choroby. Acha, i jeszcze jedno - do szkoły i z powrotem Asia będzie wożona na koszt gminy, a do przedszkola nie byłoby takiej możliwości, gdyż jest prywatne a nie publiczne. I to jest dla mnie ogromny powód do radości, bo w ostatnim czasie zaczęło mi już brakować sił na pchanie wózka w te i wewte po tych naszych "górach i dolinach".
Joasia przyszła na świat pewnego letniego przedpołudnia wprowadzając w nasze poukładane życie sporo zamętu. Los bowiem ofiarował jej rozszczep kręgosłupa i wodogłowie.