Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rehabilitacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rehabilitacja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 czerwca 2012

Jestem urzędnikiem państwowym!

"Jestem urzędnikiem państwowym! "- wykrzyczała pielęgniarka bezpardonowo wkraczając do sali, mimo że poprosiłam ją, aby poczekała chwilkę na korytarzu aż skończymy cewnikowanie. "I mam prawo tu wchodzić, kiedy chcę, bo ja obsługuję pacjentów!" Na moją uwagę, że moje dziecko akurat absorbuje ją tyle tylko, że musi leki (moje własne zresztą) o określonych porach podać usłyszałam, że jestem...bezczelna. Jestem również chamska, bo śmiałam podkreślić, że łamie prawo pacjentki do intymności i poszanowania godności osobistej, a ona przecież nie jest...osobą obcą. Szkoda tylko, że nie do zaakceptowania przez nią jest sytuacja odwrotna - to ona leży z gołą pupą, a na to wchodzi...inny urzędnik państwowy! "Jest pani wredna" - skwitowała moją wizję.

Taki oto sobotni poranek miałam. Dawno nie czułam się tak bardzo poirytowana.

Oddział rehabilitacyjny jest, więc i wózkersi przebywają na nim, i dzieci ledwo chodzące, i takie, które tylko leżą, a dostosowań do ich potrzeb żadnych. Na samą myśl o wieczornym prysznicu Joasi dostaję gęsiej skórki - co prawda dość czysto jest, ale m.in. kabina z wąskim wejściem bardzo utrudnia zadanie. O miejscu, w którym mogłybyśmy spokojnie, bez wścibskich oczu cewnikowanie zrobić można tylko pomarzyć.

Tylko nieliczni mali pacjenci wymagają troski ze strony średniego personelu medycznego. O większość z nich dbają ich rodzice, wykonując przy nich wszystkie czynności nie wymagające udziału pielęgniarki - mycie, ubieranie, karmienie itp. itd., oczywistym więc faktem jest, że bardzo je odciążają.

Nie oczekuję wdzięczności za to, że pielęgniarka z pracy wyjdzie mniej zmęczona, bo np. nie musiała dźwigać mojego dziecka nadwerężając przy tym swój kręgosłup. Ale zdecydowanie oczekuję nieutrudniania mi wykonywania niezbędnych czynności, a nade wszystko respektowania prawa mojego dziecka do intymności. To nie jest niemowlak, któremu wszystko jedno, tylko dorastająca 10-letnia panienka, do diaska!

W zw. z zaistniałą sytuacją zamierzam złożyć skargę na tę panią.

A w ogóle to zastanawiam się, czy nie wymiksować się z tego turnusu. Na dzień dobry, we wtorek, podczas elektrostymulacji zostały poparzone palce Joasi u stóp. Diabli mnie biorą, bo ostatnie rany na nogach miała rok temu, po operacji, więc to nie kwestia spoconych nóg i ortez, jak usiłują mi panie rehabilitantki wmówić. Muszę swój pomysł z Jurkiem przedyskutować, bo wyjazd na wakacje za trzy tygodnie i aż strach pomyśleć, co jeszcze w tym szpitalu może się wydarzyć. Wystarczy, że na ok. 2 tygodnie Joasia ma chodzenie z głowy, bo tyle mniej więcej - zakładając optymistyczny scenariusz - goją się jej rany.

Dodam jeszcze, że rehabilitantki o rozszczepie kręgosłupa - moim zdaniem - tylko słyszały. Nic więcej.
Ech...

Pozdrawiam serdecznie,
Marta.

wtorek, 12 czerwca 2012

Niespodziewana rehabilitacja

Dla Joasi rok szkolny już się zakończył, co nie znaczy wcale, że wakacje rozpoczęła. Od wczoraj przebywa w szpitalu na oddziale rehabilitacyjnym z zaleceniem "rehabilitacja neurologiczna", co oznacza tyle, że przez 3 tygodnie będzie poddawana różnym zabiegom i ćwiczeniom usprawniającym w sposób intensywny - przed południem i popołudniu oraz w soboty. Sposób w sumie całkiem zbliżony do rytmu wyjazdowego turnusu rehabilitacyjnego, zatem dobra to zaprawa będzie przed letnim wyjazdem do 12 Dębów w Zaździerzu.
Dziecię Matkę ma do dyspozycji na trochę trzy razy w ciągu dnia i nie tylko musi pod jej nieobecność radzić sobie samo, względnie z pomocą osoby o tę pomoc poproszonej, ale też sobie radzi i nawet okazuje się, że aparat mowy uszkodzeniu nie uległ ;). Wygląda więc na to, że dzięki tej nieoczekiwanej wartości dodanej (czyt. swoistej psychoterapii) w sierpniu Matka będzie w pełni gotowa na odcięcie pępowiny i bez większych obaw zostawi córkę na 10-dniowy pobyt na obozie FAR.

Szczerze powiedziawszy doznałam szoku, gdy lekarka, do której udałam się w maju tylko po zaświadczenie potrzebne do wniosku o wydanie orzeczenia o kształceniu specjalnym, zaproponowała nam przyjęcie na oddział rehabilitacyjny w tak ekspresowym terminie. Po tym, jak po zeszłorocznym odkotwiczaniu rdzenia w Prokocimiu (to był maj) Joasia dostała skierowanie na rehabilitację na CITO, a mimo to termin jej wyznaczono dopiero na przełom listopada i grudnia, naprawdę przestałam liczyć na rehabilitację w ramach NFZ. A tu taka niespodzianka.

Pozdrawiam serdecznie,
Marta.

czwartek, 28 lipca 2011

Wydarzenia czerwcowo-lipcowe

Od dawna żyję szybko, ale od operacji Asi pod koniec maja chyba zdecydowanie za szybko. W natłoku spraw do pozałatwiania, osobiście w ciągu dnia lub za pośrednictwem internetu wieczorami i nocami, trudno mi było znaleźć choć odrobinę czasu na napisanie na blogu choć kilku słów. Do tego jeszcze dwutygodniowa nieobecność w domu międzyczasie...na szczęście miła, bo wypoczynkowa.
Dziś przypada nasza, tj. Asikowych rodziców, rocznica ślubu. Odświętny charakter dnia podkreśliły życzenia...od teściowej, ktora nie mogła mnie w domu zastać, więc przekazane mi podczas obiadu przez tego, co 27 lat temu mi ślubował. Nie przeszkadza mi to jednak w spędzeniu wieczoru nieco inaczej niż przez ostatnie tygodnie (co najwyżej do myślenia daje). Znowu przed kompem. ale po prostu miło, robiąc to, co lubię. Na bok tzw. ważne sprawy. Dziś mam je gdzieś. Notkę piszę.Wreszcie.
Asia radzi sobie z chodzeniem coraz lepiej, tylko pokonywanie schodów idzie jej jakoś nieporadnie jeszcze. Pewnie jeszcze wiele tygodni, albo nawet miesięcy upłynie zanim powróci do formy sprzed zabiegu odkotwiczania rdzenia kręgowego.
W ramach tego powrotu, dzięki doc. Kaweckiemu, jeżdżę z Joasią 3 razy w tygodniu na rehabilitację do Prokocimia. Na razie Myszka dostała basen (fatalnie dla nas, że w szatni brak intymności) i masaż nóg, w zawrotnej ilości 10 zabiegów, ale jutro mamy wizytę u lekarki rehabilitacji i zdaje się dojdzie nam jeszcze zapowiadana na poprzedniej wizycie nauka chodu na profesjonalnym sprzęcie. A od najbliższego poniedziałku zaczynamy, także 3 razy w tygodniu, hipoterapię. Ku wielkiej radości mojego dziecka. Nie wiem zupełnie jak dam radę pogodzić tę wędrówkę z jednego końca miasta na drugi z trwającymi pełną w sumie parą przygotowaniami do przeprowadzki. I jeszcze z porannym odstawianiem Asi do IKARA, na zajęcia prowadzone przez jej wychowawczynię oraz p. Beatkę, z którą od września w szkole już się spotykać niestety nie będziemy...
Po powrocie z Międzywodzia, gdzie spędziliśmy na turnusie pierwszą połowę lipca, rozpoczął się też czas profilaktycznych badań Asi i jej Matki. Matce zdrowie nie szwankuje, a co do Asi, to pierwsza info spłynie 17 sierpnia, gdy neurochirurg oceni tomografię komputerową głowy. Wreszcie dowiem się, czy w istocie moje dziecko przestało być zastawkozależne, a przy okazji czy do tego Disneylandu, na który czeka niecierpliwie, lecieć może.
Co jeszcze dobrego? Lewe kolano oczywiście. Jak w sam raz dzisiaj przyjrzałam się dokładnie Asi w siadzie płaskim i stwierdziłam, że blaszki działają jak oczekiwaliśmy. Przed ich wszczepieniem w kolanie był tak mocny przykurcz, że Joasia nie była w stanie usiąść w taki sposób, bo momentalnie przewracała się, kolano bardzo wystawało ponad prawe i była spora różnica (ok. 4-5 cm) w funkcjonalnej długości nóg. Teraz Młoda siedzi wyprostowana, a kolano z przykurczem powoli zaczyna licować z tym zdrowym, co bardzo bardzo mnie cieszy. No i już prawie wyrównała się długość kończyn.
Martwią mnie natomiast sprawy urologiczne Asi. Póki co nie zanosi się na to, by stan sprzed zabiegu chciał w najbliższym czasie powrócić, zaś badania dopiero jesienią. Najwyraźniej potrzebne mi są nowe pokłady cierpliwości, bo bez niej wiara w poprawę stanu rzeczy zaczyna się ulatniać...
Pozdro.
Marta.

niedziela, 16 maja 2010

Spotkanie z rehabilitantem Asi

Po zszamanym naprędce śniadaniu (zaspaliśmy) mieliśmy spotkanie z dawno niewidzianym panem Jankiem. Facet wyszedł od nas pod wrażeniem nie tylko tego, jak Asia wyrosła od ostatniego spotkania, ale i jej umiejętności. Konkretnie chodzi o...chodzenie bez podpieraczy, z czym moje dziecię radzi sobie naprawdę nieźle, a radziłoby sobie jeszcze lepiej, gdyby nie ta nieszczęsna rotująca mocno do wewnątrz prawa stopa. To z jej głównie powodu, ale też z powodu przykurczu podkolanowego w lewej nodze, Asia chodzi ciągnąc za sobą prawą.
My zaś zostaliśmy, zresztą również pod wrażeniem..."polecenia" odbycia spotkania z doc. Jóźwiakiem, u którego wizyt zaniechaliśmy na rzecz prof. Sneli ładnych kilka lat temu, ponieważ miał ogromną chęć na naszej córce wypróbować nowatorską metodę operacji, na co z przyczyn oczywistych zgodzić się nie mogliśmy. Ponoć nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, jednak wygląda na to, że dla dobra Myszki będziemy musieli wybrać się do Poznania i przeprosić się z panem docentem. Musimy poznać również nowe opinie prof. Sneli i doktora Miklaszewskiego, bo żaden z nich dotąd nie widział Asi chodzącej samodzielnie (i dlatego zapewne nie chcieli ciąć zbyt szybko). Dopiero wówczas, wspólnie z panem Jankiem, będziemy mogli podjąć decyzję o zabiegu, o którym już pisałam na blogu. Ta idea nadal nie zyskała mojej pełnej aprobaty, ale po dzisiejszej rozmowie z panem Jankiem zaczęłam się łamać. Wg niego bowiem w przypadku odłożenia tej operacji na przyszłość istnieje ryzyko zaprzepaszczenia możliwości, jaka się dzięki systematycznej i sumiennej rehabilitacji pojawiła, czyli pożegnanie z kulami, laskami i kijkami nordic walking.
Jutro bedę zaklepywała terminy, ale nie podzielam nadziei pana Janka, że skoro kilka lat upłynęło od naszej ostatniej wizyty u doc. Jóźwiaka, to może została wypracowana jakaś inna metoda na to, by Asikowi pomóc, a na dodatek że pan docent nie tylko ją zna, ale i efektami pochwalić się może.
Tak czy siak te wizyty mają sens, bo Asia już z ortez wyrasta i nowe się jej już należą, a mamy dylemat jakie być powinny. Na nasze rodzicielskie oko te po nowemu wcale się nie sprawdziły. Dla Asi oczywiście. Miały być znacznie lepsze, a nie są. Nóżki i tak, mimo wyściełających łuski skórzanych bucików, pocą się tak samo, jak w tych "starych" z samego tworzywa, lepsza stabilizacja, o której zapewniano nas gorąco to tylko puste słowa (Myszka w poprzednich znacznie lepiej/ładniej chodziła), no i ten ich rozmiar generujący konieczność używania butów nie dwa numery większych ale cztery. Koszmar dosłownie. Następne ortezy my, tzn. ja i mój małżowin, ze stawem ruchomym skokowym widzimy, a i pan Janek widząc jak Asik bez łusek chodzi skłania się ku temu, ale najważniejsza opinia ortopedy jest i koniec. Bo od tego będzie też zależało czy nowe ortezy będą wykonane z tworzywa czy włókna węglowego.

W oczekiwaniu na wizyty utrzymujemy dotychczasowe ćwiczenia plus dwa nowe, kładące nacisk na mięsień prosty uda, najważniejszy podczas chodzenia. Wracamy też do stania w pionizatorze, choć wiem doskonale, że ciężko będzie znaleźć na to czas. Rzeczywiście najłatwiej jest dopóki dziecko do szkoły nie pójdzie.

Pozdrawiam serdecznie,
Marta.

środa, 5 sierpnia 2009

Wreszcie spotkaliśmy się z p. Jankiem

Rozumiem, że ludzie muszą czasem chorować. Ja także. Ale czy musiało mnie rozłożyć tuż przed wyjazdem, kiedy i zakupy trzeba zrobić spore, i popakować różne rzeczy niezbędne na polu namiotowym, a nie tylko ciuchy? Myślałam wczoraj, że tylko na katarze się skończy, a tymczasem głowa mi pęka, i mięśnie bolą, a i kaszel męczyć zaczyna, że o niekończącej się kichawie nie wspomnę. Jurek mówi, że to pewnie świńska grypa, bo w niedzielę w ZOO byliśmy i jakieś świnki miniaturowe głaskałam.
Zanim do tego ogrodu zoologicznego pojechaliśmy Asia zdążyła pochwalić się panu Jankowi jak ładnie nóżki niezabezpieczone łuskami stawia. Tak, w ortezach czuje się bezpiecznie i zamiast chodzić powoli i dostojnie jak na panienkę przystało gna jak szalona bez obaw, że nogi sobie połamie. Natomiast w adidaskach z wkładkami ortopedycznymi kontroluje ustawianie stóp, szczególnie prawej, która chętnie do środka rotuje. Werdykt Asiowego rehabilitanta brzmiał: jeśli ortopeda da pozwoleństwo dziecię zaczyna chodzić bez łusek...o ile uda się zakupić odpowiednio mały stabilizator stawu skokowego, który zabezpieczy stopy dziecięcia przed zwichnięciem. A na razie łuski tylko na spacery i do szkoły, czyli wszędzie tam, gdzie matka nadzorować córki nie da rady.
Przy okazji dowiedziałam się, że na sposób chodzenia znaczny wpływ ma waga wszystkiego tego, co Myszce na nogi zakładamy - im lżejsze obucie, tym chód ładniejszy. Zaburzenia równowagi mięśniowej wynikającej z uszkodzeń pochodzących od wady pierwotnej sprawiają, że odpowiednich sił Asi brakuje do dźwigania ciężarów, a co za tym idzie do manewrowania nimi w sposób zadowalający i bezpieczny. Poza tym człowiek z natury istotą leniwą jest i dąży do ułatwiania sobie życia, ja zaś nie mogę być cieniem Asiolka i życia jej uprzykrzać ciagłym napominaniem o stawianie stopy palcami na wprost. Tak więc trzeba szukać innych rozwiązań, bo nowe łuski w ocenie pana Janka, mimo że wykonane ładnie i solidnie, dla Asi akurat nie bardzo się nadają z uwagi na to właśnie, że zbyt ciężkie są.
Z całym szacunkiem dla ekipy SOL/CTO: jeśli chodzi o funkcjonalność dla Asiowego przynajmniej przypadku RK poprzednie łuski były o niebo lepsze jednak, i pan Janek moje zdanie w tej kwestii potwierdził, wyjaśniając w czym tkwi szkopuł, bo ja tak raczej na oko - dosłownie i w przenośni - oceniałam, "naukowo" nie umiejąc uzasadnić.
Przed nami zatem wizyta u ortopedy. Będę jej oczekiwała z nadzieją, że wyrazi zgodę na odstawienie łusek. Międzyczasie muszę zorientować się, czy są produkowane stabilizatory dla dzieciaków. Bez nich pozostanie nam jedynie poszukać technika, który wykona dla Asi nowe łuski, takie dokładnie, jak my będziemy chcieli i z odpowiedniego przy tym, leciutkiego materiału.
Czasami czytam na nowo notki z pierwszego bloga, bo informacje i spostrzeżenia mocno dyskusyjne czasem w nich zawarte przydają się do podejmowania bieżących decyzji względem Mysi. W tym samym m.in. celu robię zapiski i tutaj. Poza tym nigdy jeszcze nie zawiodłam się na panu Janku. Przez niemal siedem lat nabrałam całkowitej pewności, że doskonale wie, co mówi, a jego wizje nabierają realnego kształtu. To wielkie szczęście, że właśnie pan Janek pojawił się w naszym życiu.

poniedziałek, 10 listopada 2008

Po wizycie pana Janka

Dawno nie pisałam nic o postępach Asiolka w rehabilitacji, bo też dawno nie widzieliśmy się z naszym panem Jankiem. A to sezon urlopowy nam nie sprzyjał i nasze "miejskie" drogi się mijały, a to okoliczności nie sprzyjały spotkaniu, a jak było OK, to pan Janek nie mógł przyjechać. Wreszcie wczoraj udała nam się ta sztuka, pierwszy raz od czerwca bodajże. Ale warto było czekać tak długo, bo choć p. Janek zawsze dostrzegał zmiany nalepsze, to jednak dopiero tym razem mamy na tyle spektakularne sukcesy, że nadszedł czas poważnych, napawających radością i optymizmem zmian.
W zakresie ćwiczeń niewiele się zmieniło. Nastąpiła zamiana jednego na inne, podczas którego Asia stojąc przy stoliku ma oparte o jego blacik dłonie i "musi rosnąć". Polega to na tym, że musi prostować się najbardziej jak tylko potrafi pobudzając tym do wydatniejszej (niż podczas chodzenia) pracy grupę mięśni kulszowo-goleniowych. Doszło nam także jedno ćwiczenie, które Asia wykonuje leżąc na plecach, a jego celem jest rozciąganie wyżej wymienionych mięśni, gdyż w ten również sposób możemy zapobiegać pogłębianiu się Asiolkowego przykurczu torebkowo-więzadłowemu pod kolankiem. Może nawet uda się go bardziej niż dotąd zminimalizować...? Przy okazji, poprzez wywoływanie w mięśniach skurczu izometrycznego, który najlepiej mięśnie wzmacnia, Myszka będzie nabierała siły w nóżkach.
Kolejna sprawa to łuski, a konkretnie decyzja o stopniowym ich wycofywaniu. Podobnie jak kiedyś dr Miklaszewski i pan Janek wysoko ocenił możliwości Asi w kwestii chodzenia tylko w butach i nakazał zakup bucików PIEDRO, o których skądinąd wiem, że potrafią łuski zastąpić. W takim jak nasz lub podobnym przypadku, oczywiście. Może jedynie okazać się, że dla prawidłowego wysklepienia łuku podłużnego i poprzecznego będzie potrzebna indywidualnie dobrana wkładka. Zerkałam na stronkę z tymi butami stabilizującymi i przyznam, że nawet znośne mają fasony.
Na podstawie własnych obserwacji jak Mysia się porusza w łuskach i boso, w jaki spoób stópki ustawia w jednym i drugim przypadku już dawno uznałam, że należy jej poprzeczkę podnieść. Nie ułatwiać życia, tylko utrudnić nieco zmuszając do bardziej wytężonej pracy. No, po prostu widziałam, że bez łusek daje radę, choć wymaga to od niej i wysiłku i ostrożności, więc byłam przekonana, że same butki to byłby strzał w przysłowiową dziesiątkę. Niestety, nie spotkało się to ze zrozumieniem ze strony ojca Asi, który nie dał się przekonać nawet dr Miklaszewskiemu. Za to pan Janek ma moc.;) I chwała mu za to, że zawsze stoi na stanowisku, iż dziecka nie można rozleniwiać, bo to do niczego dobrego nie prowadzi.
Tak więc łuski tylko do szkoły, po domu już tylko same buty (jak je rzecz jasna już mieć będziemy). Kule, a raczej kula też tylko poza domem. W domu Asia ma się poruszać tylko i wyłącznie za pomocą laski. Pan Janek prorokuje, że do wiosny zostanie ona zamieniona na kijek trekingowy, który dzięki wykorzystaniu włókna węglowego cechuje wysoka sztywność i niska waga.
Zatem nic, tylko się cieszyć, że zbieramy tak wspaniałe plony ciężkiej pracy rehabilitacyjnej i napawać się wizją wakacji, w które Asieńka wkroczy w sandałkach, bez powodujących pocenie i powstawanie odleżyn łusek, z podpieraczem nie przykuwającym specjalnej uwagi. Mnie, oczywiście, wcale nie przeszkadzały ani kule, ani teraz laska, ale widzę jakie niezdrowe zainteresowanie wśród nieznających Asi dzieci te przyrządy wzbudzają. Asia też nie przejmuje się tym zbytnio, ale już jakiś czas temu przestała ze swadą tłumaczyć co to jest i dlaczego tego używa, za to minę w takich chwilach robi, że szkoda gadać. Można więc z wielkim prawdopodobieństwem założyć, że za jakiś czas taki podpieracz stanie się źródłem kompleksów i pojawiających się smutków. Cóż, każdy chce wyglądać tak zwyczajnie niczym nadzwyczajnym czy niezwyczajnym się nie wyróżniając. To naturalne przecież. Jeśli zatem można to zmienić, to należy do tego dążyć.
Kolejna moja radość to fakt, że i pan Janek jest przeciwny operacji Asiolkowej stópki/nogi, o której już się rozwodziłam jakiś czas temu, a która sen z powiem mi spędzała dopóki rozważałam "za" i "przeciw". Jeśli już to, jego zdaniem, wchodziłby w grę zabieg likwidujący przukurcz podkolanowy, ale to i tak nieprędko. Nie jest to sprawa nagląca, a że nie zostały wypróbowane jeszcze wszystkie możliwości, to na razie nie warto zawracać sobie tym głowy.
Póki co muszę wyczaić jakiś dobry ośrodek, w którym zostanie zbadane przewodnictwo nerwowe w opadającej stopie (tej właśnie, którą profesor Snela chce operować) i jeśli okaże się, że jest choćby szczątkowe, to będziemy musieli na poważnie zająć się elektrostymulacją mięśnia piszczelowego odpowiedzialnego za owo opadanie.

czwartek, 31 lipca 2008

Vojta - nowa dla nas metoda rehabilitacji

W rozwoju motorycznym Asia zrobiła ogromne postępy i jest na całkiem niezłym etapie. Niemniej jednak trudno zapomnieć słowa profesora, który dał nam pół roku na podjęcie decyzji w sprawie kolejnej operacji i prób zaradzenia Mysiowemu problemowi (na dobrą sprawę bez konkretnych wskazówek).
Jakiś czas temu dowiedziałam się, że metodą Vojty można stymulować funkcje pęcherza i w zw. z tym trafiłam do Poradni Wieku Rozwojowego. Błyskawiczny wjazd do gabinetu pani dr Marii Drewniak (w czwartek telefon, wizyta już w poniedziałek) zapewniła sama Asia.
Mimo świętego oburzenia "A kto to rozszczep kręgosłupa rehabilituje Bobathem?!" pani doktor widocznie uznała, że stan Asi nieźle rokuje i trzeba dobrze wykorzystać te ostatnie 2-3 lata dające jeszcze szanse na wypracowanie pozytywnych zmian.
O samej metodzie mam niezgłębioną jeszcze wiedzę, ale podobno wiek 8 - 9 lat to górna granica, po przekroczeniu której Vojta już traci sens.
Pani doktor okazała się sympatyczną osobą. Taką "do dzieci". Rozmowna, chętnie odpowiada na pytania i wyjaśnia niezrozumiałe. Nie traktuje rodzica z góry.
I wszystko byłoby pięknie, ładnie, gdyby nie to, że blask naszego rehabilitanta przybladł...Za nami sześć lat pracy z Asią, głównie nad wzmocnieniem mięśni będących bazą do osiągania kolejnych etapów rozwoju ruchowego, a jednak...okazało się, że obręcz biodrowa Myszki jest słaba.
Podczas badania pani doktor objaśniała mi wszystko przykładając moją dłoń do ciała Asi. Zatem nie tylko widziałam, ale i czułam. I uświadomiłam sobie, że Asiolkowy brzuszek wcale nie jest taki mocny, jak się wydawało . Mięśnie proste wprawdzie są OK, ale za to mięśnie skośne są tak słabe, że prawie wcale nie są angażowane do pracy. Mięsień prawego pośladka także jest do bani.I w tym właśnie jest upatrywany problem Mysi z prawidłowym ustawianiem prawej nóżki podczas chodzenia.
Jestem zmartwiona, od czasu do czasu po mojej głowie błąka się pytanie, na które zersztą i tak odpowiedzi nie uzyskam...Ale pojawia się i towarzyszą mu wyrzuty sumienia...Przecież mogłam maleńką Asieńkę rehabilitować obiema metodami jednocześnie i może dziś już mogłaby chodzić bez kul? Może nawet wcześniejszych operacji udałoby się uniknąć skoro na zmiany kostne ma wpływ fatalnie funkcjonujący układ mięśni...?
No nic. Co się stało, to się nie odstanie. Jednak można podjąć działania, by choć trochę nadrobić straty. Więc ćwiczę z Myszką od poniedziałku, zgodnie z instrukcjami pani fizjoterapeutki, uciskając wskazane miejsca cztery razy dziennie. Trochę obawiałam się jej protestów, ale okazało się, że chętnie współpracuje i to mnie cieszy. Mam nadzieję, że ta współpraca będzie układała się dobrze również w przyszłości, gdy dojdą do uciskania kolejne, nowe punkty. I nie tracę wiary w to, że jeszcze uda się nam sporo wypracować.
Na koniec przyznam szczerze, że w tym wszystkim znalazłam jedną radość - ćwiczenia od pana Janka stały się domeną mojego małżowina i to on teraz musi się męczyć z córką pokazującą różki.Co za ulga.Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us