czwartek, 15 maja 2008

Bunt na pokładzie, czyli Asia ma rehabilitację w głębokim poważaniu

Witam Was serdecznie.
Ostatnio cisza tu panuje, bo zwyczajnie nie mam sił. Nie tyle na stukanie w klawiaturę i manewrowanie myszką, co na sensowne przelanie na bloga swoich myśli. Ale może dziś ta sztuka się uda...?
Asiolkowe osiągnięcia, a raczej droga do nich od pewnego czasu jest przysłowiową drogą przez mękę. Asia coraz częściej stara się samostanowić o pewnych sprawach dotyczących jej małej "prawie dorosłej" osóbki. To naturalne, oczywiście, jednakże w jednej jedynej kwestii tego pędu do forsowania własnego zdania absolutnie nie mogę zaakceptować. Toteż od paru dni regularnie wkraczamy na wojenną ścieżkę. Wprawdzie na koniec wypalamy fajkę pokoju, ale cóż z tego skoro jestem totalnie wykończona, a na samą myśl o powtórce scenariusza następnego dnia robi mi się słabo.
Rzecz dotyczy rehabilitacji. Robalec buntuje się na całego. Bez żalu rezygnuje z przyjemności czekających ją w nagrodę za wykonanie ćwiczeń, próby przekupstwa do jakich zdarza mi się w obłędzie posunąć nie spotykają się z jej zainteresowaniem. Nic nie działa, a moja bezsilność i brak zwykłego ludzkiego zrozumienia sytuacji ze strony małżowina sprawia, że ogarnia mnie zniechęcenie do wszelkich działań, na różnych polach. I powoli zamykam się w swojej raczej skorupie...
Dziś co prawda okazało się koniec końców, że Mysiolkowy płacz podczas próby sił był "płaczem przelotnym", a wrzaskiem tylko "płuca dotleniała" i ostatnie ćwiczenie zostało przez nią wykonane wzorowo, jak nigdy dotąd, ale czy to przejaw nadchodzących zmian na lepsze? Trudno ocenić.
Wiem, że nie zawsze jest/będzie różowo, ale do szału doprowadza mnie handryczenie się z dziecięciem dwie, czasem nawet trzy godziny, podczas gdy normalnie cały zestaw ćwiczeń jest w stanie zaliczyć maksymalnie w pół godziny.
Kiedyś jedna z moich forumowych koleżanek napisała, że wszytko jest pięknie ładnie dopóki dziecko nie zacznie chodzić do szkoły, że wówczas ciężko wyegzekwować od dziecka systematyczną rehabilitację, a i czas na nią znaleźć. Nie wierzyłam... Pomyślałam nawet "bzdura". Tymczasem Asia jest dopiero na etapie przedszkola, a doświadczenie koleżanki stało się również moim. Ech...
Wyżaliłam się, a teraz życzę Wam nie tylko udanego wieczora, ale i od razu fantastycznego weekendu. Tak na wszelki wypadek, bo nie wiem, czy znów na kilka dni nie zniknę.
Trzymajcie się, kochani.

8 komentarzy:

KajaS pisze...

No cóż, ja mogę Wam tylko siły i wytrwałości życzyć, a Asiolkowi ciut mniej uporu..:) Pozdrówka.

Martek pisze...

A ja mogę wyjątkowo nie dziękować? ;)

Anka pisze...

Marta dużo wytrwałości Ci życzę. Wiem co to jest bunt do cwiczeń. Ja to mam na codzień.

Martek pisze...

W takim razie i ja Tobie życzę jej ogrom. ;)

DorotaHubert pisze...

Oj skąd ja to znam. Hubek też ostatnio przechodzi bunt na pokładzie. Moja rada, przeczekać, ja tak robie.
Pozdrawiamy serdecznie.

Martek pisze...

Dorotko, dobrze się mówi "przeczekać". Właśnie przeczekuję siląc się na cierpliwość, o którą mi coraz trudniej. Przeczekanie w rozumieniu kilku wolnych od ćwiczeń dni nie wchodzi w rachubę - po takiej przerwie jest jeszcze trudniej nakłonić Asiolka do wysiłku...

DorotaHubert pisze...

Martusia rozumiem cię doskonale, wiem ze trudno od naszych dzieciaczków egzekwować posłuszeństwa, wszak robimy to dla ich lepszej sprawności, ale i my musimy ich zrozumieć, że przychodzą taki chwilę, że im też się nic nie chce.

Martek pisze...

Zdaję sobie z tego sprawę, Dorotko. Jednak znam także doskonale swoje dziecko. Asia to typ walczący (podobno Joanny tak mają)i zbyt pożądliwy - raz zdobytego bastionu nie odda za nic w świecie. ;) A póki co moje - jeszcze w wielu kwestiach jej dotyczących - musi być, niestety, na wierzchu. Szanuję Mysiowe fatalne samopoczucie (choroba, smutek z jakiegoś powodu itp.). Wyrastające rogi muszę pozbawić wapnia. Dla jej własnego dobra.